Duszpasterstwo Polonii w New Hampshire - Polish Catholics in New Hampshire

Duszpasterstwo Polonii w New Hampshire - Polish Catholics in New Hampshire Oficjalna strona duszpasterstwa Polonii w New Hampshire przy parafii św. Jadwigi w Manchester

09/14/2026

Ks. Daniel J. Mikołajewski
24. Niedziela Zwykła, 13 września 2026 r.

Czytania na tę niedzielę poruszają temat gniewu oraz niesprawiedliwego pragnienia zemsty. Choć – jak wiemy – gniew jest jednym z siedmiu grzechów głównych, sama emocja gniewu jest czymś naturalnym i może przybierać dwie formy. Jedną z nich jest gniew słuszny – oburzenie będące reakcją na doświadczenie jakiejś niesprawiedliwości. W Biblii możemy dostrzec samego Boga wyrażającego taki gniew, gdy Jego wybrany lud odwraca się od Niego. Być może pamiętacie scenę z filmu *Pulp Fiction*, w której Jules Winnfield recytuje następujące słowa: „I spadnie na was wielka zemsta i gwałtowny gniew, gdy będę karał tych, którzy próbują zatruć i zniszczyć moich braci. I poznacie, że imię moje to Pan, gdy wymierzę wam zemstę!” (parafraza Ez 25:17). Bóg nie wpada w gniew bez powodu, lecz jedynie wtedy, gdy popełniono grzech – gdy człowiek buntuje się przeciwko swemu Panu. Święty Paweł mówi, że „gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają więzy na prawdę” (Rz 1:18).

W Nowym Testamencie widzimy sytuacje, w których sam Pan Jezus okazuje gniew – na przykład gdy faryzeusze sprzeciwiali się temu, by uzdrawiał w szabat (Mk 3:5), oraz gdy wypędzał ze świątyni handlarzy i zmieniających pieniądze (J 2:15–17). Jezus powiedział: „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży.” (J 3:36). Możemy jednak odnieść wrażenie, że istnieje tu pewna sprzeczność. Jak Jezus – Ten, który naucza, że „każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi” (Mt 5:22) – może sam wpadać w gniew w innych okolicznościach? Jeśli nasuwają się nam takie pytania, musimy pamiętać, że Chrystus nie był zwykłym człowiekiem. Przede wszystkim był On doskonale sprawiedliwy i wolny zarówno od grzechu, jak i od błędnego osądu. Po drugie, Jezus jest również Bogiem i Sędzią świata; w przeciwieństwie do nas, zawsze przysługuje Mu absolutne prawo do wydawania wyroków. Jezus okazuje gniew jedynie wtedy, gdy jest to uzasadnione. Możemy zatem czuć się bezpieczni, wiedząc, że „nie przeznaczył nas Bóg, abyśmy zasłużyli na gniew, ale na osiągnięcie zbawienia przez Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Tes 5:9), gdyż „Pan jest miłosierny i łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo cierpliwy. Nie będzie wiecznie wytykał błędów ani gniewał się na zawsze. Nie postępuje z nami według naszych grzechów ani nie odpłaca nam według naszych przewinień” (Ps 103:8–10).

A co z gniewem nas, zwykłych ludzi? Czy zawsze jest on słuszny? Czasami tak bywa. Na przykład Mojżesz, schodząc z góry Synaj z kamiennymi tablicami Prawa w dłoniach, ujrzał, że podczas jego nieobecności Izraelici zaczęli oddawać cześć złotemu cielcowi. Rozgniewany tak rażącym grzechem swojego ludu, rozbił tablice i surowo ich ukarał (Wj 32:19–20). Jednak w przypadku gniewu – emocji niezwykle gwałtownej – powinniśmy zawsze zachowywać wielką ostrożność. Jest to bowiem namiętność skażona grzechem, którą szatan może łatwo wykorzystać nie po to, by doprowadzić do sprawiedliwości, lecz by sprowadzić nas na zgubę. Dlatego też apostoł Paweł pisze: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie” (Ef 4:26). Samo uczucie gniewu nie jest grzeszne i – podobnie jak w przypadku wszelkich innych pokus – nikt nie jest w stanie całkowicie go uniknąć w ciągu swojego życia. Ewangelia poucza nas jednak, byśmy panowali nad gniewem i powstrzymywali się od niego, kiedy tylko jest to możliwe. Dobry chrześcijanin powinien być „nieskory do gniewu, bo gniew człowieka nie wykonuje sprawiedliwości Bożej” (Jk 1:19–20). Człowiek nie czyni sprawiedliwości poprzez wyładowywanie swojego gniewu, lecz przez okazywanie miłosierdzia i miłości, która „nie unosi się gniewem” (1 Kor 13:5). Jeśli zaś ktoś ulegnie pokusie gniewu, nie powinien się dziwić, że pochłonie go on do tego stopnia, iż straci z oczu miłość i miłosierdzie – nieodłączne elementy sprawiedliwości.

Człowiek opanowany przez gniew będzie dążył do przesadnej zemsty, nawet jeśli jego sprawa jest słuszna. W skrajnych przypadkach taka osoba może szukać odwetu w sposób wręcz demoniczny, posuwając się nawet do atakowania niewinnych. Pomyślmy tylko, ile ofiar gniewu widział świat w dziejach ludzkości! Ile krwi przelano w imię nienawiści i zemsty! Wystarczy wspomnieć dwa wielkie systemy totalitarne XX wieku – nazizm i komunizm – które w gniewie dokonały eksterminacji milionów Żydów, Słowian i wszystkich tych, których uznawały za „wrogów państwa”. Jednak takie tragedie, u których podstaw również leży diabelski gniew, zdarzają się często także w naszych własnych miejscowościach: w domach alkoholików, u rodziców znęcających się nad dziećmi, czy w relacjach sąsiadów i małżonków prowadzących ze sobą małe wojny. Docierają do nas na przykład wstrząsające wieści o nastolatkach, którzy w przypływie furii mordują swoje matki za to, że te wyłączyły im ulubioną grę wideo... Wszystko to stanowi dla nas głośne wezwanie do otrzeźwienia, uświadamiające nam naszą ludzką słabość oraz diabelskie podstępy związane z uczuciem gniewu. Zatem, jeśli czujesz, że ogarnia cię wzburzenie z powodu kłamiących polityków w telewizji czy sąsiada z góry, który znów wierci dziury w ścianie, być może nie popełniasz ciężkiego grzechu, ale mimo to powinieneś starać się nie podsycać tego uczucia nadmiernie i nie pozwolić mu przerodzić się w nienawiść (gdyż nienawiść do drugiego człowieka jest zawsze grzechem). Pismo Święte daje nam mądrą radę: „Niech słońce nie zachodzi nad gniewem waszym” (Ef 4:26) oraz: „Gdy idziesz ze swym przeciwnikiem do urzędnika, staraj się w drodze dojść z nim do zgody, by cię nie zaciągnął przed sędziego, a sędzia nie wydał cię strażnikowi, a strażnik nie wtrącił cię do więzienia” (Łk 12:58).

Ewangelia ostrzega nas przed szukaniem zemsty. Biblijnym przykładem człowieka nadmiernie żądnego odwetu jest Lamek z Księgi Rodzaju, który powiedział: „Zabiłem człowieka za to, że mnie zranił, i młodzieńca za to, że mnie uderzył. Skoro Kain ma być pomszczony siedmiokrotnie, zaprawdę Lamek siedemdziesiąt siedem razy”. My jednak, jako chrześcijanie, jesteśmy powołani do przebaczania. Gdy Piotr pyta Jezusa: „Panie, jeśli mój brat zgrzeszy przeciwko mnie, ile razy mam mu przebaczyć? Czy aż siedem razy?”, Jezus odpowiada: „Mówię ci: nie siedem razy, lecz siedemdziesiąt siedem razy”. Przebaczyć nie oznacza jednak zapomnieć. Nie ignorujemy zła, które zostało wyrządzone, tak jakby nic się nie stało. Nie mamy też pozwalać, by inni traktowali nas jak wycieraczkę. Jesteśmy jednak wezwani do tego, by porzucić nieuporządkowany gniew i pragnienie zemsty, a zamiast tego modlić się za tych, którzy nas prześladują, i powierzyć wymierzenie sprawiedliwości Bogu. Jak pisze św. Paweł do Rzymian: „Umiłowani, nie wymierzajcie sami sprawiedliwości, lecz pozostawcie to gniewowi Bożemu; napisano bowiem: «Do Mnie należy pomsta, Ja wymierzę zapłatę» – mówi Pan”.

Musimy pamiętać, że to nam najpierw przebaczono. Jeśli szukasz wyjaśnienia przypowieści z dzisiejszej Ewangelii, jest ono proste: to my jesteśmy dłużnikami, którzy winni byli królowi ogromną sumę. Dług ten został za nas spłacony krwią Chrystusa. Jeśli rzucamy się do gardeł tym, którzy są nam coś winni, postępujemy niesprawiedliwie i bezlitośnie, zapominając o tym, co nam wcześniej przebaczono. Każdego dnia modlimy się słowami: „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Jeśli w naszym życiu jest choć jedna osoba, której nie przebaczyliśmy, lepiej przestańmy tak się modlić. Bo jeśli oczekujemy przebaczenia dla siebie, musimy najpierw przebaczyć innym. „Takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą”.

„Wtedy pan jego, uniesiony gniewem, kazał wydać go katom, dopóki nie odda całego długu. Tak samo uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy swemu bratu z serca”. Amen.

09/08/2026

Ks. Daniel J. Mikołajewski
23. Niedziela Zwykła, 06.09.2026 r.

Czasami, gdy czytam Ewangelię na dany tydzień, jest dla mnie oczywiste, że zawiera ona przesłanie skierowane do osób, którym będę głosił kazanie. Jednak bywa i tak – jak ma to miejsce dzisiaj – że sytuacja wygląda inaczej. Czasami wydaje się bowiem, iż słowa Pisma nie są skierowane do wiernych, lecz raczej do samego głoszącego.

W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus mówi nam o tak zwanym „upomnieniu braterskim”. Jest to coś, do której wszyscy jesteśmy niekiedy powołani. „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i zwróć mu uwagę w cztery oczy”. Takie sytuacje zdarzają się każdemu z nas. Oczywiście jesteśmy wezwani do przebaczania win, ale jednym z uczynków miłosierdzia względem duszy jest również „upominanie grzeszących”. Jako chrześcijanie staramy się prowadzić siebie nawzajem drogą zbawienia. Jeśli więc widzimy, że ktoś postępuje źle, upominamy go – nie z poczucia wyższości czy pychy, lecz z miłości bliźniego.

Dotyczy to zwłaszcza osób sprawujących władzę. Władza – to słowo, którego współczesny człowiek nie lubi. Współczesny człowiek karmiony jest kłamstwami o „równości” i zasadą „rób, co chcesz”. Niemniej jednak, aby każde dobrze uporządkowane społeczeństwo mogło funkcjonować, potrzebne są osoby sprawujące władzę nad innymi i strzegące tego porządku. Z pewnością pamiętacie policjanta odwiedzającego waszą szkołę podstawową, który pouczał, by na przykład nie przechodzić przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Innym doskonałym przykładem osoby sprawującej władzę jest ojciec rodziny. Rodzice nie odpowiadają jedynie za własne zbawienie. Są odpowiedzialni za prowadzenie siebie nawzajem – małżonka i dzieci – do nieba. Jeśli więc ojciec widzi, że jego syn schodzi na manowce, jego obowiązkiem jest – w duchu miłości – upomnieć go, a nawet ukarać, unikając oczywiście wszelkiego okrucieństwa. „Cóż to bowiem za syn, którego ojciec nie karci?” – pisze św. Paweł do Hebrajczyków. „Dla pouczenia znosicie te przeciwności. Bóg traktuje was jak synów”.

Zadanie upominania spoczywa również na wszystkich pasterzach w Kościele. „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i wskaż mu jego winę w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskałeś swego brata. Jeśli nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jedną lub dwie osoby (…). Jeśli ich nie usłucha, powiedz Kościołowi”.

Nie jest łatwym zadaniem mówić ludziom, co mają robić. Nie jest przyjemnie uświadamiać innym, że błądzą. Osobiście nie lubię poprawiać innych. Wiem, jak trudno jest znosić upomnienia. A jednak nazywacie nas księży „ojcami”, a do obowiązków tego świętego urzędu należy postępowanie wobec wiernych jak ojciec. „Tak mówi Pan” – pisze Ezechiel – „Ciebie, synu człowieczy, ustanowiłem stróżem domu Izraela; (…) Jeśli powiem bezbożnemu: »Bezbożniku, musisz umrzeć«, a ty nie przemówisz, by odwieść bezbożnego od jego drogi, to on umrze z powodu swej winy, ale ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego śmierć. Jeśli jednak ostrzeżesz bezbożnego, próbując odwrócić go od jego drogi, a on odmówi zmiany postępowania, to on umrze z powodu swej winy, ty zaś ocalisz siebie”.

Upominanie innych to zadanie niewdzięczne, lecz konieczne – tak jak wszystkie inne obowiązki każdego kapłana czy biskupa. Jak pisze św. Paweł do Tymoteusza, młodego biskupa, którego sam konsekrował: „Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych (…): głoś słowo, nastawaj w porę i nie w porę; przekonuj, karć, napominaj z całą cierpliwością i nauką”. Tak było dwa tysiące lat temu, lecz obowiązki pasterzy od tamtej pory się nie zmieniły. W VI wieku papież św. Grzegorz Wielki – którego wspomnienie liturgiczne obchodziliśmy w zeszłym tygodniu – widząc, jak niedbali stali się inni pasterze, napisał księgę mającą służyć im za wzór; nosi ona tytuł „Reguła pasterska”. W tej księdze pisał: „często nieopatrzni rządcy, w obawie przed utratą ludzkiej przychylności, lękliwie powstrzymują się od śmiałego głoszenia tego, co słuszne; i – wbrew głosowi Prawdy – nie strzegą powierzonej im trzody z gorliwością pasterzy, lecz na sposób najemników; uciekają bowiem na widok wilka, gdy kryją się za milczeniem. Dlatego też Pan czyni im wyrzuty przez proroka, mówiąc: »Psy nieme, które nie potrafią szczekać«”. (…) Prawdą jest bowiem, że każdy, kto wstępuje na drogę kapłaństwa, podejmuje się urzędu herolda, by – samemu głośno wołając – poprzedzać nadejście Sędziego, który nadchodzi w grozie”. Przez setki lat każdy mężczyzna powołany na urząd biskupa miał za zadanie nie tylko przeczytać „Regułę pasterską”, ale wręcz zdać egzamin obejmujący materiał zawarty w tym dziele. Niestety, dziś już tak nie jest.

Dzisiaj Kościół cierpi na to, co wielki niemiecki filozof XX wieku, Dietrich von Hildebrand, nazwał „letargiem strażników”. W swojej książce z 1973 roku pt. *Spustoszona winnica* von Hildebrand opisał sytuację Kościoła jako stan biernej, pełnej samozadowolenia lub lękliwej bezczynności jego przywódców – ludzi, których świętym obowiązkiem jest ochrona i obrona autentycznej wiary, a którzy nie wykorzystali swego instytucjonalnego autorytetu, by korygować błędy doktrynalne, nadużycia liturgiczne czy heretyckie nauczanie. Zdaniem von Hildebranda to milczenie i brak reakcji na zamęt wewnątrz Kościoła wyrządziły znacznie więcej szkód niż otwarte ataki zewnętrznych przeciwników. Autor przywołuje tu słowa św. Jana Bosko: „Siła ludzi złych bierze się z tchórzostwa ludzi dobrych”. O tym, jak druzgocąco prawdziwe są te słowa, świadczą liczne skandale wewnątrzkościelne, o których donosiła prasa w ciągu ostatnich trzydziestu lat. To te, o których wiecie. Ja, jako kapłan, wiem o wielu innych, o których nie śmiem tu mówić, by nie wywoływać kolejnych zgorszeń. Wszystkie one stanowią część kryzysu, w jakim znajduje się obecnie instytucjonalny Kościół katolicki.

„Tak mówi Pan: Ciebie, synu człowieczy, ustanowiłem stróżem domu Izraela; (…) Jeśli powiem bezbożnemu: »Bezbożniku, musisz umrzeć«, a ty nie przemówisz, by odwieść bezbożnego od jego drogi, to on umrze z powodu swej winy, ale ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego śmierć”.

Niełatwo jest upominać innych, lecz jeszcze trudniej – samych siebie. Pytanie brzmi: czy my, pasterze XXI wieku, potrafimy skierować to przenikliwe spojrzenie na nas samych? Już szesnaście wieków temu papież Grzegorz, zwany przez nas Wielkim, pouczał nas: „często nieopatrzni rządzący, lękając się utraty ludzkiej przychylności, bojaźliwie powstrzymują się od swobodnego głoszenia tego, co słuszne”.

Jeśli kiedykolwiek widzieliście laskę pasterską – pierwowzór biskupiego pastorału – z pewnością zauważyliście, że ma ona dwa końce. Górny koniec laski jest zakrzywiony, dzięki czemu pasterz może dosłownie przyciągnąć błądzącą owcę za szyję – niczym kiepskiego komedianta ściąganego ze sceny. Z kolei dolny koniec jest zaostrzony, co pozwala odpierać ataki wilków zagrażających stadu. A ilu współczesnych biskupów miało w ostatnich dekadach odwagę użyć któregokolwiek z końców swojej świętej laski pasterskiej? Szacuje się, że od 2010 roku w Brazylii Kościół katolicki opuściło ponad 5 milionów ludzi. W Niemczech każdego roku odchodzi ponad 300 tysięcy osób. Kto ich wzywa z powrotem? Kto szuka zagubionych owiec? Kiedy ostatnio słyszeliśmy o katolickiej inicjatywie modlitewnej, mającej na celu sprowadzenie z powrotem do Kościoła tych, którzy od niego odeszli? Albo o modlitwie za nawrócenie wrogów Kościoła? Większość twierdzi, że wszystko jest w porządku. Że wszystko gra. Aż w końcu ktoś wstaje i mówi, że król jest nagi.

Nie trzeba szukać przykładów daleko. 10 sierpnia gubernator stanu Massachusetts podpisała ustawę znoszącą obowiązujący wcześniej limit 24 tygodni ciąży dla dopuszczalności aborcji i legalizującą zabiegi przeprowadzane w późniejszym okresie. Legalizacja dzieciobójstwa dokonała się – jak się zdaje – bez większego rozgłosu czy jakiegokolwiek sprzeciwu.

W 390 roku święty Ambroży, biskup Mediolanu, zabronił cesarzowi rzymskiemu Teodozjuszowi I wstępu do mediolańskiej katedry w ramach kary za masakrę w Tesalonice, gdzie cesarz nakazał wymordowanie tysięcy obywateli po lokalnych zamieszkach. Papież św. Grzegorz VII podczas sporu o inwestyturę w 1077 roku zmusił cesarza rzymskiego Henryka IV do trzydniowego oczekiwania na mrozie i śniegu przed bramami zamku w Canossie, zanim zdjął z niego ekskomunikę. W 1570 roku papież św. Pius V obłożył ekskomuniką królową Elżbietę I za herezję i krwawe prześladowania katolików w Anglii. A gdzie taka odwaga dzisiaj? Gdzie dzisiaj taka niezłomność? Można by rzec, że w naszych czasach Diabeł mógłby zacytować smoka Smauga z „Hobbita” Tolkiena: „Zabijam, kogo chcę, i nikt nie śmie mi się oprzeć. Powaliłem dawnych wojowników, a ludzi im równych nie ma już na świecie. Wtedy byłem młody i wątły. Teraz jestem stary i silny, silny, silny!”.

To nie biskup, lecz Matka Teresa z Kalkuty – której wspomnienie obchodziliśmy wczoraj – miała odwagę powiedzieć podczas Narodowego Śniadania Modlitewnego w Waszyngtonie w 1994 roku: „Jeśli matka może zamordować własne dziecko w swoim łonie, co stoi na przeszkodzie, byśmy my zabijali się nawzajem?”.

A o czym mówią dzisiejsi pasterze? O nawróceniu ekologicznym? O demokratyzacji i feminizacji Kościoła? O wychodzeniu naprzeciw środowiskom LGBTQ? O tym, jak zaprzyjaźnić się z poganami, masonami, komunistami i wszystkimi innymi wrogami Kościoła, którzy i tak nas nienawidzą i z radością patrzą, jak sami się niszczymy? I gdzie o tym mowa w Biblii? Księga Powtórzonego Prawa ostrzega nas: „Prorok zaś, który by przez pychę mówił w moim imieniu to, czego mu nie kazałem mówić, poniesie śmierć”.

Módlmy się zatem codziennie, by nasi pasterze mieli odwagę otwarcie zabierać głos – tak jak czynili to w przeszłości święci stróże wiary. A jeśli usłyszycie kapłana głoszącego surowe ostrzeżenia o piekle i gniewie Bożym, jeśli usłyszycie, jak – niczym baptystyczny kaznodzieja wzywający do przebudzenia – nawołuje do pokuty za grzechy, okażcie mu wyrozumiałość. Nie zawsze będziemy głosić takie treści, lecz jest to również nasz obowiązek nadany przez Boga. Posługując się słowami Dartha Vadera: „Jestem twoim ojcem”. Jeśli więc tak mnie nazywacie, traktujcie mnie jak własnego ojca.

Módlcie się także za wszystkich innych duchownych, abyśmy otrząsnęli się z letargu, przestali zabiegać o przyjaźń tego świata oraz zyskali siłę i odwagę, by faktycznie wykonywać swoje zadanie i bronić powierzonej nam owczarni. Nawet jeśli dostrzegamy słabość naszych ziemskich pasterzy, nasza nadzieja niezmiennie spoczywa w Najwyższym Pasterzu w niebie. „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego, o cokolwiek by prosili, użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie”.

Amen.

Kochani!Następna polska Msza św. tradycyjnie w trzecią niedzielę miesiąca, 20 września, o godz. 16:00 w kościele św. Jad...
09/05/2026

Kochani!

Następna polska Msza św. tradycyjnie w trzecią niedzielę miesiąca, 20 września, o godz. 16:00 w kościele św. Jadwigi (147 Walnut St., Manchester). Pół godziny przede mszą spowiedź, po mszy św. zaś zapraszamy na posiłek do sali parafialnej. Mszę św. odprawi ks. Daniel Mikołajewski.

Our next Polish Mass, as always, will be on the third Sunday of the month, September 20th, at 4 PM, at St. Hedwig's Church (147 Walnut St., Manchester). Confessions 30 minutes before Mass, and after the Mass we will have a potluck dinner in the Parish Hall. The Mass will be celebrated by Fr. Daniel Mikołajewski.

08/30/2026

22. Niedziela Zwykła, 30.08.2026 r.

W czasach życia Pana Jezusa wszyscy oczekiwali nadejścia Mesjasza. Każdy miał też dość jasne wyobrażenie o tym, jak to będzie, gdy Wybraniec Boży wreszcie się pojawi. Sytuacja Izraela w tamtym okresie nie była najlepsza. Dynastia Hasmoneuszy – żydowski ród królewski rządzący od czasu obalenia pogańskich greckich Seleucydów w II wieku przed Chrystusem (wydarzenia opisane w Księgach Machabejskich) – została pokonana przez współpracujących z Rzymem nie-Żydów, Edomitów zwanych Herodianami. Przedstawiciel tego rodu, Herod Antypas, sprawował władzę jako tetrarcha Galilei i był powszechnie znienawidzony, zwłaszcza po tym, jak kazał zgładzić popularnego proroka, świętego Jana Chrzciciela – wydarzenie to wspominaliśmy w liturgii wczoraj. Judeą wraz z jej świętym miastem, Jerozolimą, rządził cudzoziemiec – rzymski namiestnik. Żydzi byli uciskani; każdy, kto sprzeciwił się panującemu reżimowi, mógł łatwo trafić na Golgotę, by zostać ukrzyżowanym ku przestrodze innych. Nawet ci, którzy nie wszczynali buntu, musieli płacić daninę Cesarstwu – była to cena za możliwość dalszego oddawania czci ich jedynemu Bogu.
W powszechnym przekonaniu Mesjasz miał to wszystko zmienić. Dla ludzi był on postacią w równym stopniu polityczną, co religijną. Wyzwolicielem. Rewolucjonistą, który miał obalić panowanie pogańskich Rzymian i zwrócić ziemię Izraela Hebrajczykom. Mówiąc najprościej: Mesjasz miał być drugim Dawidem. Tysiąc lat wcześniej Dawid, pokonawszy wrogów ze wszystkich stron, zjednoczył królestwo i wprowadził je w krótki, złoty wiek bezpieczeństwa i dobrobytu. Mówi się, że Salomon, syn Dawida, był tak bogaty, iż za jego czasów złota było tak wiele, że srebro uważano za bezwartościowe. Kandaka, królowa Saby, przybyła aż z Etiopii, by podziwiać przepych dworu Salomona, a ujrzawszy go, stwierdziła, że Izrael jest bez wątpienia najpiękniejszym królestwem na świecie.
Żydzi pamiętali te opowieści i sami również pragnęli takiej rzeczywistości. Byli dumnym narodem, wybranym przez Boga, ludem wojowników zmuszonym do życia pod jarzmem pogańskiego ciemięzcy. Gdy pojawił się Pan Jezus i ludzie ujrzeli, jak dokonuje potężnych znaków pochodzących od Boga, wielu zaczęło wierzyć, że to właśnie On jest obiecanym Mesjaszem. W końcu Jezus urodził się w Betlejem – rodzinnym mieście Dawida – i wywodził się z jego rodu. Wydawało się, że spełnia wszelkie oczekiwania, dopóki sprawy nie przybrały nieoczekiwanego obrotu. Pan Jezus zgromadził już wówczas spore grono zwolenników. Gdyby tylko wydał im taki rozkaz, natychmiast chwyciliby za broń i ruszyli na Jerozolimę. On jednak tego nie uczynił. Zamiast tego zapowiedział, że „musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć ze strony starszyzny, arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie, a także zostać zabitym”. Mesjasz? Zabity? Jak to w ogóle możliwe? Przecież królestwo Mesjasza miało trwać wiecznie!
A jednak Pan Jezus nie jest takim Mesjaszem, jakiego ludzie sobie wyobrażali. Piotr – zawsze pierwszy, by zabrać głos i wyrazić swoje obiekcje – mówi: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie!”. Pozornie życzy swemu Mistrzowi dobrze. Pan Jezus jednak odpowiada: „Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.
Na czym polega różnica między Bożym a ludzkim sposobem myślenia? Prorocy mierzyli się z tym samym problemem. Jeremiasz skarży się, że jego sytuacja stała się już tak trudna, a on sam tak niepopularny, iż rozważał nawet rezygnację z powierzonego mu zadania. Dlaczego? Ponieważ orędzie, które Bóg kazał mu przekazać ludowi, odbiegało od tego, czego ludzie oczekiwali. „Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: "Gwałt i ruina!» Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem”. Żydzi spodziewali się wieści o pomyślności i pokoju. Tymczasem Bóg nie zawsze ma im do przekazania właśnie to.
Podobnie i przesłanie Pana Jezusa jest inne. Nie przychodzi On, by wypędzić Rzymian i przywrócić królestwo Dawida na ziemi. Jego królestwo nie jest z tego świata. Nie przynosi On dóbr materialnych, uwolnienia od ucisku ani zaszczytnych stanowisk dla swoich popleczników. To są sprawy tego świata, o których myślą ludzie tego świata. Panu Jezusowi bardziej zależy na wartościach duchowych – takich, które nie przemijają tak, jak przemija ten świat wraz z całym swym marnym blaskiem.
Pytanie brzmi: czy nam również właśnie na nich zależy? Uwielbiamy narzekać (zwłaszcza my, Polacy – wydaje się to naszym narodowym sportem). Być może ulegamy pokusie myślenia: „Jestem chrześcijaninem. Dlaczego jest mi tak ciężko? Dlaczego tak choruję? Dlaczego ceny w sklepach są tak wysokie? Dlaczego na świecie dzieje się tak źle? Dlaczego Bóg tak wcześnie zabrał tę czy inną bliską mi osobę? Czyżby Bóg mnie nie kochał?”
„Nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”. Co nam obiecano na tym świecie? Pokój? Dobrobyt? Bogactwo? Nie. Jezus mówi do swoich uczniów i do nas: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. Czy to oznacza, że Bóg jest sadystą? Czy Bóg stwarza nas tylko po to, byśmy cierpieli? Nie. Jednak jeśli wytrwamy, zostaniemy nagrodzeni. Ale nie na tym świecie. „Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.
Chrześcijaństwo to religia Krzyża. To jedyna religia, która nie ucieka przed cierpieniem, lecz stawia mu czoła, rozumie je, a nawet nadaje mu wartość. Jak pisał św. Jan Paweł II w liście apostolskim *Salvifici Doloris* – jednym z jego najpiękniejszych tekstów o sensie cierpienia: „Nie każde cierpienie jest następstwem winy i ma charakter kary. Tak jak w przypadku Hioba, Bóg niekiedy dopuszcza cierpienie, by wypróbować sprawiedliwego, zwrócić duszę człowieka ku Sobie i ukazać prawość swoich wiernych sług. »Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni« (Mt 5, 4)”. Krzyż ma moc uświęcania ludzkiego cierpienia – jakiegokolwiek by ono nie było – i uczynienia z niego skarbu, który możemy następnie ofiarować Bogu jako zadośćuczynienie za nasze własne grzechy i grzechy innych. W ten sposób, przez swój Krzyż, nasz Pan wytrącił z rąk szatana jedną z jego najstraszliwszych broni – cierpienie – i obrócił ją przeciwko niemu.
Śpiewamy o tym w jednej z pięknych polskich pieśni wielkopostnych: „Zbawienie przyszło przez Krzyż, ogromna to tajemnica. Każde cierpienie ma sens, prowadzi do pełni życia”. Zatem gdy cierpisz – zwłaszcza przez swoją wiarę – nie ulegaj pokusie, by widzieć w tym karę, którą należy znienawidzić i odrzucić. Jesteśmy uczniami Chrystusa. Skoro naszego Mistrza przybito do Krzyża, co zrobią z nami? Jeśli prześladują nas dla Chrystusa, powinniśmy się cieszyć. To tak jak w grze wideo: gdy napotykasz wrogów, wiesz, że zmierzasz we właściwym kierunku.
Dlatego św. Paweł wzywa nas: „proszę was, bracia, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu miłą, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe”.
A co, jeśli twoje cierpienie ma wartość? Co, jeśli to właśnie twoje cierpienie jest „dobre i miłe” Bogu? Nie zmarnuj go! Przyjmij je! Przynieś je tutaj i złóż na ołtarzu Chrystusa, tak jak Chrystus ofiarował własną Krew Bogu Ojcu! Zobaczysz, jak bardzo wyzwalające jest to doświadczenie. Jak mawiał św. Augustyn: „na tym świecie nie jest możliwe by nie cierpieć”. Czy zatem będziemy cierpieć w samotności? Czy pozwolimy, by nasz ból poszedł na marne? A może stawimy mu czoła z wiarą i męstwem – tak jak sportowiec przyjmuje ból mięśni, wiedząc, że to właśnie ten ból czyni go silniejszym? Nie martwcie się, moi drodzy. Wasz ból nie będzie trwał wiecznie. A za ten ból „wielka jest nasza nagroda w niebie”.
„Zbawienie przyszło przez Krzyż; ogromna to tajemnica. Każde cierpienie ma sens – prowadzi ono do pełni życia”.

Amen.

26 sierpnia - Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej
08/26/2026

26 sierpnia - Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej

08/16/2026

Ks. Daniel J. Mikołajewski
20. Niedziela Zwykła, 16.08.2026 r.

Dzisiaj widzimy, jak Jezus wykracza poza pewne wyznaczone granice. I czyni to na wiele sposobów. PanJezus i Jego uczniowie, co bardzo odpowiada obecjej porze roku, udają się na wakacje. Wycofują się oni z Galilei, aby odpocząć od ciągłej kontroli i sprzeciwu ze strony tamtejszych władz żydowskich, i udają się na północ, do Libanu, do pięknego regionu nadmorskich miast Tyru i Sydonu nad Morzem Śródziemnym. Nie ma tam wiele do roboty poza odpoczynkiem i modlitwą. Pan Jezus został posłany do Żydów, którzy Go odrzucili. Tyr i Sydon były miastami pogańskimi, zamieszkanymi przez Kananejczyków. Nie było to właściwe miejsce do głoszenia kazań.
Dziwi, że Pan Jezus w ogóle wybrał takie miejsce na odwiedziny. W końcu Żydzi uważali pogan za rytualnie nieczystych i gardzili nimi. My, z naszą dzisiejszą wrażliwą mentalnością, możemy się gorszyć, gdy Chrystus używa względem kobiety Kananejkskiej określenia „psa”. Żydzi nazywali pogan „psami” nie tylko dlatego, że czcili oni fałszywych bożków, ale także dlatego, że, w przeciwieństwie do Żydów, poganie jedli krew. Jak psy. Jeśli upuścisz kawałek krwistego steka na podłogę, twój pies natychmiast się zjawi, żeby go dokładnie wylizać. Żydom nie wolno było jeść ani nawet dotykać krwi.
Co więcej, Żydzi szczególnie nie lubili Kananejczyków, gdyż wierzyli, że są oni potomkami Kanaana – przeklętego syna Chama, który z kolei był synem Noego. Potomkowie Kanaana zamieszkiwali ziemię Izraela przed Hebrajczykami; po wyjściu z Egiptu Żydzi mieli ich wytępić jako grzeszników zajmujących ziemię Abrahama, którą Hebrajczycy mieli zadanie odzyskać. Ci Kananejczycy, którzy ocaleli, przenieśli się wtedy w okolice Tyru i Sydonu.
Jednak Pan Jezus oczywiście nie używa tego określenia jako obelgi. To raczej rodzaj przysłowia. Żydzi byli dziećmi Bożymi, Jego szczególną własnością. Pan Jezus był Mesjaszem, wypełnieniem obietnic danych właśnie Żydom. To do nich został przede wszystkim posłany. To oni – dzieci – byli zaproszani na ucztę w domu Ojca. To dzieci dziedziczą majątek po ojcu. Psy są jedynie sługami w domu – tak jak Kananejczycy mieli być sługami Izraelitów.
Tyle że czasem w domu to pies okazuje się wierniejszy głowie rodziny niż dzieci.
Dlatego właśnie Pan Jezus przebywa w pogańskim kraju. Ponieważ – jak mówi nam św. Jan – „Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli”. Choć Pan Jezus został posłany do Żydów, dzieci Bożych, większość z nich Go odrzuciła – i to jeszcze za Jego życia. A teraz, nie znajdując wiary w Izraelu, odnajduje ją wśród pogan. Kananejka, poganka, przychodzi do Niego i mówi: „Zlituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!”. Wierzy ona w to, kim On jest. Oddaje Mu hołd. Domowy pies okazuje się wierniejszy niż dzieci pana domu.
Jezus oczywiście nie spieszy się z odpowiedzią. „Zostałem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom i rzucać go psom”. Ponownie, dla nas brzmi to jak zniewaga. Ale czym lepiej być? Psem? Czy owcą? A które zwierzę na pastwisku uchodzi za bardziej rozumne? Ta Kananejka – ona ma rozum. Co więcej, odznacza się ona pokorą i wiarą większą niż u „owiec” Izraela: „Proszę Cię, Panie, wszak i psy jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów”. Jezus jest pod wrażeniem takiej odpowiedzi. I znów, przekracza pewne granice wychodząc naprzeciw jej prośbie: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara! Niech ci się stanie, jak chcesz”. Córka Kananejki zostaje uzdrowiona. W ten sposób Chrystus objawia swą chwałę nawet na tej obcej ziemi.
Niedługo potem Pan Jezus powróci na południe, do Jerozolimy, gdzie Jego własny naród wyda Go na śmierć. Jerozolima zostanie następnie zniszczona – niespełna czterdzieści lat po śmierci Jezusa. Po Zesłaniu Ducha Świętego Apostołowie posłuchają słów, które Pan skierował do nich po swoim Zmartwychwstaniu: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. Żydzi mieli już swoją szansę. Teraz nadszedł czas, by zanieść Boże światło wszystkim narodom, aby i one mogły stać się dziećmi Najwyższego.
To w nas wypełnia się proroctwo Izajasza: „Cudzoziemców zaś, którzy się przyłączyli do Pana, ażeby Mu służyć i aby miłować imię Pana i zostać Jego sługami – wszystkich zachowujących szabat bez pogwałcenia go i trzymających się mocno mojego przymierza, przyprowadzę na moją świętą górę. (…) Dom mój będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów”. Ilu z nas jest Żydami? Czy prorocy głosili słowo naszym przodkom? Czy to nasi przodkowie dwa tysiące lat temu czcili jedynego prawdziwego Boga? Czy Bóg obdarzył naszych ojców swoimi obietnicami? W przeważającej mierze – nie. Jesteśmy poganami i dziećmi pogan. Staliśmy się chrześcijanami i dziećmi Bożymi tylko dzięki Jego miłosierdziu. Tylko dlatego, że w pewnym momencie ktoś z naszych przodków przyszedł do Pana Jezusa niczym owa Kananejka, wołając: „Zlituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!”.
W dzisiejszych czasach – głównie za sprawą syjonizmu – wielu jest takich, którzy nauczają, że Żydzi wcale nie tracą niczego, nie uznając Pana Jezusa jako Mesjasza. A jednak tracą bardzo wiele. „Kto nie uznaje Syna, nie ma i Ojca” – pisze święty Jan. Nie są oni jednak odrzuceni dlatego, że Bóg zerwał z nimi swoje przymierze. Są odrzuceni, ponieważ sami odrzucili Chrystusa – Tego, który wypełnia obietnice dane ich przodkom. A nikt nie wchodzi do Królestwa inaczej, jak tylko przez Niego. Nie oznacza to jednak, że bramy Królestwa Bożego są zamknięte dla Żydów. Pozostają one otwarte, jeśli tylko zechcą oni przejść przez tę bramę – a tą bramą jest Chrystus. Nasi przodkowie przeszli przez tę bramę, mimo że byli poganami. Módlmy się, aby wszystkie narody przyjęły to zaproszenie – zarówno Żydzi, jak i poganie.
O tym właśnie pisze święty Paweł: „Będąc apostołem pogan, przez cały czas chlubię się posługiwaniem swoim w nadziei, że może pobudzę do współzawodnictwa swoich rodaków [tj. Żydów] i przynajmniej niektórych z nich doprowadzę do zbawienia. Bo jeżeli ich odrzucenie przyniosło światu [czyli nam] pojednanie, to czymże będzie ich przyjęcie, jeżeli nie powstaniem ze śmierci do życia?”. Bądźmy każdego dnia wdzięczni za to, że sami staliśmy się dziedzicami tego życia. Że posiadamy już tę wiarę, która jest największym ze wszystkich skarbów – co ukazuje przypowieść o Kananejce, która posiadała tak wielką wiarą. Módlmy się, aby wszyscy mogli posiąść ten skarb wiary i by wszyscy mogli pewnego dnia zasiąść przy Bożym stole jako Jego dzieci. Amen.

Address

147 Walnut Street
Manchester, NH
03104

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Duszpasterstwo Polonii w New Hampshire - Polish Catholics in New Hampshire posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Shortcuts

Share