29/05/2026
W środę nigdzie dalej nie wyjeżdżałem z misji, bo było co robić na miejscu. Tym bardziej, że był to dzień wolny od pracy, z powodu muzułmańskiego święta Ofiary Izaaka, szkoły były zamknięte, urzędy nie pracowały, a i wiele sklepów zrobiło sobie wolne. Po Mszy św. poprosiłem dwóch młodych parafian, żeby umyli samochody, co po śniadaniu uczynili. Ja w tym czasie zająłem się konserwacją swojego motorka, ale okazało się, że potrzebuję części, których ostatecznie nie mogłem kupić bo sklep był zamknięty. Po myciu samochodów przyszedł czas na kąpanie psów, a że mamy ich teraz pięć, to trochę zajęło to czasu. Po tych wszystkich pracach zajedliśmy obiad i wydawało się, że można już odpocząć. Jednak błoga sielanka nie trwała zbyt długo, bo dostałem wiadomość, że tego dnia mija termin zgłoszenia kandydatów na przyszłych dyrektorów, w szkołach gdzie będą wakaty. Zaskoczyło mnie to bardzo i zmobilizowało do szybkiego działania. Przygotowałem dokumenty i zorganizowałem na prędce spotkanie z Mr. Edwinem i Mr. Buzumbelo, którzy są w parafii asystentami od spraw szkolnych. Omówienie wszystkich spraw trwało prawie do 19. Zostało tylko przygotować kazanie, nakarmić zwierzęta, pomodlić się i iść spać. Następnego dnia po Mszy św. odmówiłem brewiarz, zjadłem śniadanie i już o 8.30 wyruszyłem z Mr. Buzumbelo do kolejnych szkół na wioskach, żeby spotkać się z nauczycielami i przekazać im wsparcie od Caritas Polska. Po powrocie ze szkół, od razu pojechaliśmy do odpowiedzialnej w naszym dystrykcie za szkoły kurator. To spotkanie traktowałem jako formalność, jednak okazało się, że spędziłem tam ponad godzinę i to nie była najprzyjemniejsza rozmowa. Pomimo zmęczenia podróżą do szkół, udało mi się zachować cierpliwość. Za to po powrocie do domu czułem, że już dziś za dużo nie zrobię. Przyszła porozmawiać jeszcze dyrektorka jednej z naszych szkół, bo potrzebuje nowych ławek do dwóch klas. Czasami przytłacza mnie ilość potrzeb, z którymi zgłaszają się do mnie różni ludzie, ale się nie poddaje. Wierzę, że da się to wszystko zorganizować. W nocy z czwartku na piątek spadło sporo deszczu. Na szczęście bardzo nie wiało. Jednak po Mszy św. przyszła nauczycielka z przedszkola i poinformowała, że oderwało kawałek blachy z dachu. Nie mogłem tam jechać od razu, ale po zakupach na markecie, wziąłem blachę z garażu i pojechałem ją zawieźć do przedszkola, przy okazji zobaczyłem szkody. Na szczęście nie ma dużo do naprawy. Po powrocie na misję zająłem się sprawami domowymi i po 16 pojechałem na lotnisko po ks. Olgierda, który wrócił z Polski. Już jesteśmy w pełnym składzie.