01/05/2020
„(...) dawni chrześcijanie wcale nie bali się uczuciowości w modlitwie, że ich uczucia były gwałtowne i żywo się przejawiały. W wyraźnym przeciwieństwie do tego ostatnie stulecia skłonne są traktować uczucia dość podejrzliwie, przedkładając nad nie modlitwę oschłą a wytrwałą. W ostatnich paru latach jednak, jak się wydaje, daje się zauważyć nowe nastawienie, przychylne bardziej emocjonalnej pobożności. Czy znajdzie się coś, co by nas w tej sprawie poprowadziło i oświeciło, czy też musimy się zadowolić ciągłym wahaniem opinii, zależnie od mody?
W XVI wieku toczono wielkie spory o rolę subiektywnego przeżycia w życiu chrześcijańskim, a więc przegląd niektórych podnoszonych wówczas kwestii winien rzucić na tę sprawę trochę światła.
Jak się to już często zdarzało, wiele kłopotów spowodowało przesadne i niewyważone akcentowanie jednego tylko elementu religii chrześcijańskiej. Niektórzy niewątpliwie przesadzili, opowiadając się za religią subiektywną, dążąc z czasem do zredukowania wiary w ogóle do samego poczucia, że się jest kochanym przez Boga, czyniąc z tego sprawę ważniejszą czy to od zwykłego zewnętrznego działania w chrześcijańskim życiu, czy od wiary w obiektywną prawdę nauki chrześcijańskiej. Oczywistą koniecznością było stanowczo się temu przeciwstawić. Typowe dla tej reakcji stanowisko zajął wielki dominikański teolog Domingo de Soto. Nie było on bynajmniej całkowicie wrogi idei przeżycia religijnego, jednakże ostro rozgraniczał przeżycie od wiary. Dla niego wiara jest w istocie swojej obiektywna i nie podlega wątpliwości, podczas gdy przeżycie z samej swojej natury zawsze pozostaje wieloznaczne. Nawet jeżeli ma się moralną pewność, że jest to naprawdę przeżycie Boga, nigdy nie zasługuje ono, zdaniem de Soto, na miano wiary. Zawsze jest w nim miejsce na wątpliwość.”
Simon Tugwell OP, Modlitwa w bliskości Boga, Poznań 1988, s. 128-129;