09/08/2026
Co za niedziela!
Tym razem kazanie głosiliśmy wszyscy
Dzisiejsze nabożeństwo wyglądało trochę inaczej niż zwykle.
Nie było jednego przygotowanego kazania, jednej osoby stojącej z mikrofonem i jednej myśli rozwijanej od początku do końca. Zamiast tego zaczęliśmy dzielić się tym, co Bóg robił w naszym życiu w ostatnim czasie. I nagle okazało się, że z wielu różnych historii, doświadczeń, fragmentów Biblii i osobistych przeżyć zaczęło powstawać jedno kazanie.
Kazanie, którego nikt wcześniej nie przygotował.
Kazanie o zaufaniu.
O odwadze.
O miłości.
O granicach.
O słuchaniu Boga bardziej niż własnego lęku i opinii ludzi.
O tym, że potrzebujemy siebie nawzajem.
I o tym, że chrześcijaństwo nie wydarza się tylko w niedzielę podczas uwielbienia, ale przede wszystkim w zwyczajnym życiu.
Jedna z pierwszych historii dotyczyła podróży do Finlandii.
Wyjazdu, który po ludzku mógł wiązać się z ogromnymi kosztami, niepewnością i wieloma niewiadomymi. A jednak decyzja, żeby pojechać, pomóc komuś, przewieźć jego rzeczy, zgodzić się na pewien dyskomfort, ostatecznie stała się błogosławieństwem dla wszystkich.
Bóg zatroszczył się o noclegi, jedzenie, ludzi, miejsca odpoczynku. Pojawiły się nieplanowane spotkania, domek nad jeziorem, wspólnota, kościół i doświadczenie Bożej obecności.
I chyba właśnie na tym często polega zaufanie.
Nie na tym, że znamy cały plan.
Ale na tym, że robimy następny krok.
Abraham również „wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie” (Hbr 11,8).
Czasem chcielibyśmy najpierw wiedzieć:
ile to będzie kosztować,
gdzie będę spać,
jak wszystko się ułoży,
czy wystarczy pieniędzy,
czy dam sobie radę.
A Bóg czasami mówi po prostu:
„Idź.”
I dopiero po drodze odkrywamy, że On był już tam przed nami.
Kolejna osoba podzieliła się bardzo osobistą historią dotyczącą relacji z człowiekiem, który przez długi czas okazywał niechęć wobec wiary i chrześcijaństwa.
I pojawiło się bardzo ważne pytanie:
Czy chrześcijańska miłość oznacza, że mamy pozwalać ludziom na wszystko?
Jezus powiedział:
«„Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi”.»
Ale ten sam Jezus, kiedy został niesprawiedliwie uderzony, zapytał:
«„Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego; a jeżeli dobrze, dlaczego mnie bijesz?”
J 18,23»
To niezwykle ważna równowaga.
Miłość nie jest biernością.
Przebaczenie nie oznacza zgody na poniżanie.
Łagodność nie oznacza braku granic.
Możemy kochać człowieka, modlić się za niego, pomagać mu nawet wtedy, gdy przechodzi przez dramatyczne sytuacje, a jednocześnie powiedzieć:
„Nie zgadzam się, abyś w ten sposób traktował mnie, moją wiarę i to, co jest dla mnie święte.”
Czasami postawienie granicy nie niszczy relacji.
Czasami właśnie po raz pierwszy daje tej relacji szansę stać się prawdziwą.
Ktoś inny opowiedział o podobnym doświadczeniu w rodzinie.
O momencie, w którym trzeba było powiedzieć:
„Stop. Nie zgadzam się, żebyś mnie tak traktował.”
I wydarzyło się coś niezwykłego — jakby ciężar spadł.
To również jest część dojrzewania.
Bo przez wiele lat możemy myśleć, że chrześcijańska dobroć oznacza przemilczanie wszystkiego, znoszenie wszystkiego i unikanie konfliktu.
Tymczasem Biblia mówi:
«„Mówiąc prawdę w miłości, wzrastajmy pod każdym względem w Tego, który jest głową — w Chrystusa”.
Ef 4,15»
Nie tylko prawda.
Nie tylko miłość.
Ale prawda wypowiedziana w miłości.
Potem pojawił się fragment z Dziejów Apostolskich.
Piotr i Jan zostają wezwani przed Sanhedryn i słyszą zakaz głoszenia o Jezusie.
Odpowiadają:
«„Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Boga bardziej słuchać was niż Boga. My bowiem nie możemy nie mówić tego, co widzieliśmy i słyszeliśmy”.
Dz 4,19–20»
A później Kościół zaczyna się modlić.
Co ciekawe — nie modlą się przede wszystkim:
„Boże, zabierz problemy”.
„Boże, spraw, żeby wszyscy nas polubili”.
„Boże, usuń ludzi, którzy są przeciwko nam”.
Modlą się:
«„Daj swoim sługom głosić Twoje słowo z całą odwagą”.
Dz 4,29»
A kiedy kończą:
«„Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i głosili słowo Boże z odwagą”.
Dz 4,31»
I to były chyba jedne z najważniejszych słów tego spotkania:
PRZEKONANIE I ODWAGA.
Przekonanie, żeby wiedzieć, co naprawdę mówi Bóg.
I odwaga, żeby za tym pójść.
Bo czasami mamy przekonanie, ale nie mamy odwagi.
Wiemy, że powinniśmy zadzwonić.
Przeprosić.
Postawić granicę.
Zmienić coś.
Rozpocząć coś.
Zakończyć coś.
Powiedzieć komuś o Jezusie.
Pomóc komuś.
Zrobić krok wiary.
Ale się boimy.
Dlatego potrzebujemy nie tylko wiedzieć, co jest Boże.
Potrzebujemy również mocy Ducha Świętego, żeby to zrobić.
Kolejna osoba przeczytała początek Księgi Jozuego:
«„Bądź mocny i bardzo mężny”.»
I znowu wrócił dokładnie ten sam temat.
Bóg daje Jozuemu ziemię.
Ale między obietnicą a jej doświadczeniem znajduje się jeszcze droga.
Jordan.
Bitwy.
Mury.
Olbrzymi.
Niepewność.
Ziemia obiecana nie oznaczała życia bez trudności.
Oznaczała życie, w którym Bóg idzie razem z nimi.
Dlatego mówi Jozuemu:
«„Nie bój się ani się nie lękaj, gdyż Pan, twój Bóg, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz”.
Joz 1,9»
I padła piękna myśl związana z podróżowaniem.
Czasami chcemy mieć wszystko zaplanowane.
Każdy nocleg.
Każdy wydatek.
Każdy kilometr.
Każdy możliwy scenariusz.
Ale życie nie zawsze daje się tak przeżyć.
Czasem Bóg zaprasza nas, żebyśmy przestali próbować kontrolować wszystko i zaczęli Mu ufać.
Nie oznacza to nieodpowiedzialności.
Oznacza to odkrywanie, że nasze bezpieczeństwo nie znajduje się wyłącznie w naszym planie.
Nasze bezpieczeństwo znajduje się w Nim.
Potem usłyszeliśmy świadectwo osoby, która postanowiła przeczytać całą Biblię.
Zaczęła trochę „zadaniowo”.
Plan.
Cel.
Przeczytać od początku do końca.
Ale gdzieś po drodze wydarzyło się coś więcej.
Stary Testament, który wcześniej wydawał się trudny, zaczął żyć.
Historie przestały być historiami.
Dawid przestał być tylko postacią z Biblii.
Izrael przestał być tylko narodem sprzed tysięcy lat.
Słowo zaczęło stawać się spotkaniem.
I może właśnie o to chodzi w słowach:
«„Nie samym chlebem będzie żył człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Boga”.
Mt 4,4»
Nie chodzi tylko o to, żeby przeczytać Biblię.
Chodzi o to, żeby pozwolić Biblii przeczytać nas.
Żeby w historiach innych ludzi nagle zobaczyć siebie.
Swoje lęki.
Swoje decyzje.
Swoją niewiarę.
Swoją odwagę.
Swoją pustynię.
Swojego Saula.
Swojego Goliata.
Swój Jordan.
Później rozmowa zeszła na temat miłości.
I chyba był to jeden z najbardziej poruszających momentów całego spotkania.
Padło pytanie:
Czy naprawdę musimy czekać, aż kiedyś będziemy mieli „więcej Bożej miłości”, żeby zacząć nią żyć?
Czy może jako ludzie narodzeni z Boga już otrzymaliśmy Jego życie i teraz uczymy się pozwalać, żeby ono przez nas płynęło?
«„Miłość Boża rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany”.
Rz 5,5»
Był piękny obraz rury.
Boża miłość płynie.
Ale nasze życie czasem jest jak przewód, który zostaje zatkany.
Dumą.
Egoizmem.
Lękiem.
Nieprzebaczeniem.
Wygodą.
Potrzebą kontroli.
Problemem nie zawsze jest to, że Bóg musi dopiero kiedyś dać nam miłość.
Czasem problemem jest to, że potrzebujemy pozwolić Mu usunąć to, co utrudnia jej przepływ.
I to prowadziło do kolejnego tematu:
miłość kosztuje.
Nie w sensie zasługiwania na coś przed Bogiem.
Ale w znaczeniu gotowości do poniesienia dyskomfortu.
Miłość czasami oznacza:
wstać, kiedy chciałbym spać,
wysłuchać, kiedy nie mam siły,
pojechać, kiedy wolałbym zostać,
oddać swój czas,
zrezygnować ze swojej wygody,
przebaczyć,
zrobić pierwszy krok,
pozostać przy człowieku, który przechodzi trudny czas.
Jezus powiedział:
«„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za swoich przyjaciół”.
J 15,13»
Miłość nie jest tylko uczuciem.
Miłość jest ruchem w stronę drugiego człowieka.
Następna osoba powiedziała o czasie, w którym jej wiara i zaufanie są bardzo mocno testowane.
I znowu wszystko wróciło do tego samego miejsca:
Czy potrafię zaufać Bogu, kiedy okoliczności mówią coś zupełnie innego?
Czy potrafię powiedzieć:
„Boże, nie rozumiem tego.
Nie wybrałbym tego.
Nie wiem, dlaczego przez to przechodzę.
Ale nadal wierzę, że jesteś dobry”.
To jest wiara, która przestaje być teorią.
Bo łatwo mówić o Bożej wierności, kiedy wszystko działa.
Ale są momenty, kiedy Bóg staje się naprawdę jedynym oparciem.
I paradoksalnie właśnie wtedy poznajemy Go w sposób, którego nie da się nauczyć z książki.
«„Choćbym chodził doliną cienia śmierci, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.
Ps 23,4»
Nie: „nie pójdę doliną”.
Ale:
„Ty będziesz tam ze mną.”
Potem pojawił się niezwykle obrazowy fragment z Ewangelii Jana.
Uczniowie są na jeziorze.
A Jezus stoi na brzegu.
Jest ogień.
Jest ryba.
Jest chleb.
Wszystko jest przygotowane.
I powstał piękny obraz naszego życia.
Czasami widzimy światło na brzegu.
Wiemy, że Jezus tam jest.
Wiemy, gdzie jest pokój.
Wiemy, gdzie jest odpowiedź.
Wiemy, dokąd On nas zaprasza.
Ale zamiast płynąć do Niego, próbujemy dopłynąć do swojej własnej przystani.
Do swojego planu.
Do swojej strefy komfortu.
Do miejsca, które sami sobie wybraliśmy.
Walczymy z wiatrem.
Szarpiemy się z łodzią.
Bierzemy wiosła.
A Jezus stoi kilkaset metrów dalej i mówi:
«„Chodźcie, posilcie się”.
J 21,12»
Może czasami największym aktem wiary nie jest jeszcze mocniejsze wiosłowanie.
Może największym aktem wiary jest zmiana kierunku.
Kolejna osoba przyniosła fragment z Objawienia o kościele w Efezie.
To niezwykle mocne słowa.
Jezus mówi:
Wiem, jak ciężko pracujesz.
Widzę twoją wytrwałość.
Widzę twoje rozeznanie.
Widzę, że nie tolerujesz zła.
Widzę, że wiele wycierpiałeś dla mojego imienia.
A jednak:
«„Mam przeciwko tobie to, że porzuciłeś swoją pierwszą miłość”.
Obj 2,4»
To bardzo otrzeźwiające.
Można robić wiele dobrych rzeczy.
Można znać właściwą doktrynę.
Można służyć.
Można pracować.
Można być wytrwałym.
Można nawet cierpieć dla Jezusa.
A jednocześnie gdzieś po drodze przestać być blisko Jezusa.
I może dlatego to pytanie jest tak ważne:
Co jest najważniejsze?
Nie tylko:
co robię?
Nie tylko:
gdzie służę?
Nie tylko:
ile wiem?
Nie tylko:
jakie mam poglądy?
Ale:
Czy Go kocham?
Czy nadal zachwyca mnie Jezus?
Czy chcę z Nim być również wtedy, kiedy niczego od Niego nie potrzebuję?
Czy moje chrześcijaństwo nadal wypływa z relacji?
Bo Jezus nie powiedział:
„Mam przeciwko tobie, że robisz za mało”.
Powiedział:
„Wróć do pierwszej miłości.”
W trakcie spotkania pojawiały się również świadectwa bardzo zwyczajnych rozmów z ludźmi.
W pracy.
W podróży.
Wśród znajomych.
Z osobami, które być może kiedyś były sceptyczne wobec wiary, a nagle zaczynają pytać:
„Do jakiego kościoła chodzisz?”
„Dlaczego jesteś inna?”
„Czy mogę tam kiedyś przyjść?”
I wtedy uświadamiamy sobie coś ważnego:
Ewangelizacja bardzo często nie zaczyna się od mikrofonu.
Zaczyna się od życia.
Od relacji.
Od tego, jak traktujemy człowieka.
Od tego, że jesteśmy obecni.
Od tego, że ktoś zobaczy w nas coś innego.
Jezus powiedział:
«„Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.
Mt 5,16»
Światło najlepiej widać właśnie w ciemności.
I dlatego nie możemy zamknąć chrześcijaństwa w bezpiecznym słoiku.
Potrzebujemy ludzi spoza Kościoła.
Relacji.
Pracy.
Sąsiadów.
Znajomych.
Bo tam właśnie możemy być solą i światłem.
Ale chyba na końcu całego spotkania pojawił się jeszcze jeden niezwykle ważny temat.
Potrzebujemy siebie nawzajem.
Padły słowa o mężczyznach, którzy często zostają sami.
Mają żony.
Rodziny.
Pracę.
Obowiązki.
Ale nie mają człowieka, do którego mogą zadzwonić i powiedzieć:
„Stary, mam ciężki tydzień”.
„Nie wiem, co zrobić”.
„Potrzebuję modlitwy”.
„Pokłóciłem się z żoną”.
„Nie radzę sobie”.
„Spotkajmy się”.
I być może właśnie dlatego Biblia mówi:
«„Zachęcajcie się nawzajem każdego dnia”.
Hbr 3,13»
oraz:
«„Jedni drugich brzemiona noście”.
Ga 6,2»
Kościół nie jest miejscem, gdzie raz w tygodniu siedzimy obok siebie w rzędach.
Kościół jest ludźmi.
Rodziną.
Ciałem.
Miejscem, gdzie mogę powiedzieć:
„Nie daję rady”.
I ktoś odpowie:
„Jestem z tobą”.
Miejscem, gdzie mogę powiedzieć:
„Bóg zrobił coś niesamowitego!”
A ktoś ucieszy się razem ze mną.
Miejscem, gdzie jeden przychodzi ze słowem.
Drugi ze świadectwem.
Trzeci z pytaniem.
Czwarty z fragmentem Biblii.
Piąty z historią swojej walki.
I Duch Święty z tego wszystkiego tworzy jedno przesłanie.
I właśnie chyba to wydarzyło się dzisiaj.
Ktoś mówił o Finlandii.
Ktoś o trudnej relacji.
Ktoś o granicach.
Ktoś o odwadze.
Ktoś o Jozuem.
Ktoś o czytaniu Biblii.
Ktoś o miłości.
Ktoś o cierpieniu.
Ktoś o zaufaniu.
Ktoś o uczniach płynących do Jezusa.
Ktoś o pierwszej miłości.
Ktoś o rozmowach z niewierzącymi.
Ktoś o potrzebie przyjaźni i wspólnoty.
A mimo to mieliśmy poczucie, że Bóg mówi cały czas o jednym.
Zaufaj Mi.
Nie musisz wszystkiego kontrolować.
Słuchaj Mojego głosu.
Nie pozwól, żeby strach, opinie ludzi albo okoliczności mówiły głośniej ode Mnie.
Bądź mocny i odważny.
Nie dlatego, że sam jesteś mocny.
Ale dlatego, że Ja jestem z tobą.
Kochaj.
Nie tylko słowami.
Również wtedy, kiedy miłość kosztuje.
Mów prawdę w miłości.
Przebaczaj, ale również stawiaj zdrowe granice.
Wróć do pierwszej miłości.
Nie pozwól, żeby praca dla Boga zastąpiła życie z Bogiem.
Nie idź sam.
Potrzebujesz ludzi.
A ludzie potrzebują ciebie.
I może najpiękniejsze w dzisiejszym spotkaniu było właśnie to, że nikt nie przyszedł z gotowym kazaniem.
A jednak kazanie powstało.
Bo kiedy Kościół naprawdę jest ciałem, każdy przynosi swoją część.
«„Gdy się schodzicie, każdy z was ma psalm, ma naukę, ma objawienie…”
1 Kor 14,26»
Dzisiaj dokładnie tak było.
Każdy przyniósł coś swojego.
A Duch Święty połączył to w całość.
I chyba wyszliśmy z tego spotkania z jednym wspólnym wołaniem:
Panie, daj nam przekonanie i odwagę.
Przekonanie, żeby rozpoznawać Twój głos.
Odwagę, żeby za nim pójść.
Miłość, żeby widzieć ludzi.
Pokorę, żeby pozwolić Ci zmieniać nasze myślenie.
Mądrość, żeby wiedzieć, kiedy przebaczyć, kiedy mówić, kiedy milczeć, kiedy postawić granicę, a kiedy zrobić pierwszy krok.
I ludzi obok nas, z którymi możemy przejść tę drogę.
Bo nie chodzi tylko o to, żebyśmy wiedzieli więcej o Bogu.
Chodzi o to, żebyśmy coraz bardziej żyli z Nim.
W pracy.
W rodzinie.
W podróży.
W trudnych relacjach.
W odpoczynku.
W cierpieniu.
W podejmowanych decyzjach.
W przyjaźniach.
W naszym budżecie.
W naszym lęku.
W naszych marzeniach.
W zwykłym poniedziałku.
Bo właśnie tam rozgrywa się prawdziwe uczniostwo.
I właśnie tam Jezus ciągle mówi:
„Zaufaj Mi. Idź za Mną. Jestem z tobą.”