29/05/2026
Nazywam się Szymona Drzazga, jestem psychologiem w więzieniu kobiecym o zaostrzonym rygorze. Pewnego ranka trzymałam w dłoniach wynik testu Rebeki i czułam, jak całe moje ciało drętwieje, a serce bije jak oszalałe, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Wynik wyraźnie pokazywał dwie czerwone kreski. Powtórzyłam test trzy razy, ale werdykt pozostał dokładnie ten sam: Rebeka była w ciąży.
W zakładzie karnym, gdzie każdy metr kwadratowy i każdy pojedynczy ruch więźniarek były monitorowane przez całą dobę, taka anomalia była całkowicie niemożliwa. Zamknęłam na klucz drzwi mojego gabinetu i zapytałam cicho kobietę, która stała trzęsąc się przede mną:
— Jak to się mogło stać? Powiedz mi prawdę, Rebeko, z kim miałaś kontakt na tym oddziale?
Rebeka nie odpowiedziała. Tylko spuściła głowę, zaciskając rękawy więziennego drelichu tak mocno w pięściach, że aż zbielały jej kłykcie. W jej błędnym wzroku nie było ani śladu wstydu czy winy, tak charakterystycznych dla potajemnego romansu. Był tam tylko głęboki terror, dławiąca cisza, która natychmiast obudziła we mnie mroczne i ciężkie przeczucie.
Z tym pilnym raportem udałam się natychmiast do gabinetu dyrektorki więzienia, Danuty Kalinowskiej. Ta wpływowa kobieta chłodno zamknęła teczkę, upiła łyk kawy i rzuciła szorstki rozkaz:
— To nie wychodzi poza mój gabinet. Trzymaj język za zębami, jeśli nadal chcesz zachować swoje stanowisko.
Jednak to okrutne ukrywanie prawdy nie powstrzymało dalszego ciągu koszmaru. Zaledwie dwa tygodnie później, podczas mojego rutynowego obchodu, kolejna więźniarka, Mariana, osunęła się na ziemię przy umywalce z powodu silnych mdłości. Potem jeszcze jedna kobieta i kolejnej. Cztery przypadki zagadkowej ciąży, które pojawiły się jeden po drugim w ciągu zaledwie sześciu tygodni.
Oddział kobiecy został otoczony ponurą i przerażającą atmosferą. Więźniarki nie odważały się już spokojnie spać w nocy. Niektóre krzyczały wręcz w przypływie szaleństwa, desperacko odmawiając opuszczenia cel po zapadnięciu zmroku. Wszystkie, choć nie rozmawiały ze sobą, ukrywały thành thật ten sam niewidzialny strach.
Zrozumiałam, że to już nie jest zwykły zbieg okoliczności. To był dobrze przemyślany plan, systematyczna zbrodnia, która działa się tuż pod moim nosem. Wiedząc, że nie mogę liczyć na kierownictwo, postanowiłam działać na własną rękę. Poprosiłam o pomoc Andrzeja Chmielewskiego, inżyniera ds. bezpieczeństwa teleinformatycznego w naszej placówce – jedynego technika na tyle bystrego, by uzyskać dostęp do systemów bez uruchamiania alarmów. Wykorzystując nocną zmianę, zdołaliśmy włamać się do serwerów, aby pobrać nagrania z kamer monitoringu z głuchych godzin sprzed miesiąca.
I kiedy czarno-białe wideo przedstawiające korytarz cel izolacyjnych o trzeciej nad ranem pojawiło się na ekranie komputera, zamarłam całkowicie sparaliżowana, z lồng ngực zaciśniętym z przerażenia.
Cienie, które wychodziły z centralnej reżyserki, nie należały do obcych, a sposób, w jaki drzwi cel ofiar otwierały się automatycznie, w idealnej ciszy, bez żadnej syreny alarmowej... obnażył bezwzględny spisek, zamieniając całe więzienie w ziemskie piekło, od którego w następnej części czytelnikom zmrozi krew w żyłach.
(TO TYLKO CZĘŚĆ HISTORII, CAŁOŚĆ HISTORII ORAZ EKSCYTUJĄCE ZAKOŃCZENIE ZNAJDUJĄ SIĘ W LINKU POD KOMENTARZEM)