25/05/2026
„ ... jesteśmy pod wpływem tego właśnie Ducha, tym pryzmatem jest Jezus – nie pojedyncze wyrwane z kontekstu wersety Biblii, nie strach, nie władza, ale Jezus. Ten, który nieustannie zbliżał się do ludzi, których religia odrzucała, ten, który mówił, że miłość bliźniego jest ważniejsza niż praktyki religijne, ten, który rzucał wyzwanie systemom krzywdzącym ludzi."
Zachęcamy do lektury kazania, które wczorajszej niedzieli wygłosił dla warszawskiego Zboru pastor Michał Jabłoński
„[Po tym, jak uczniowie przyjęli Ducha Świętego], stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił do zgromadzonych ludzi donośnym głosem: Mężowie Judejczycy i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, przyjmijcie do wiadomości i posłuchajcie uważnie mych słów! Ci ludzie nie są pijani, jak przypuszczacie, bo jest dopiero trzecia godzina dnia, ale spełnia się przepowiednia proroka Joela: W ostatnich dniach - mówi Bóg - wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało, i będą prorokowali synowie wasi i córki wasze, młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, a starcy - sny. Nawet na niewolników i niewolnice moje wyleję w owych dniach Ducha mego, i będą prorokowali. I sprawię dziwy na górze - na niebie, i znaki na dole - na ziemi. Krew i ogień, i kłęby dymu, słońce zamieni się w ciemności, a księżyc w krew, zanim nadejdzie dzień Pański, wielki i wspaniały. Każdy, kto wzywać będzie imienia Pańskiego, będzie zbawiony.” (Dz 2, 14-21)
Przeczytaliśmy początkowe słowa kazania Piotra wygłoszonego tuż po tym, gdy wszyscy uczniowie Jezusa zostali napełnieni Duchem Świętym. Czy to oznacza, że do tej pory nie było w nich Ducha Bożego, byli jak pusty i wyschnięty bukłak czekający na napełnienie? Z pewnością nie, każde stworzenie jest wypełnione siłą życiową, tchnieniem życia, Duchem Stwórcy. Jestem przekonany, że chodzi o to, iż z tą chwilą uświadomili sobie moc Ducha Bożego, tkwiącą w nich, potencjał tkwiący w najgłębszym zakątku duszy i serca i czekający na wzbudzenie.
Mogę być tylko pewien tego, że w ten dzień, nie wiadomo, czy dokładnie wtedy, czy kiedy indziej, uczniowie Jezusa musieli czegoś doświadczyć, coś przeżyć, coś im się stało. Pamiętajmy, że byli to ci sami ludzie, którzy, gdy Jezus był krzyżowany jako zagrożenie dla władz imperium i rodzimej religii, rozbiegli się w popłochu, przerażeniu i wstydzie i ukryli po kątach bojąc się o swoje życie. A potem, w całkiem krótkim czasie, w Biblii napisane, że pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa, przeszli z lęku i niepewności do otwartego głoszenia Zmartwychwstałego i ewangelizowania ludzi spotykanych na drodze. Wygląda, jakby coś ich przemieniło, coś spowodowało ich transformację, przemienienie z ludzi, którymi byli wcześniej w tych, którymi się stali teraz. Przeszli z lęku o swoje życie w stan ryzykowania swoim życiem w bardzo krótkim czasie po śmierci Jezusa. Stało się coś zmieniającego, przemieniającego.
I w tym miejscu chciałbym zadać pytanie: jakiego Boga prorokowali ci, których sięgnął Duch Pana, o jakim Boga składali świadectwo, jakie życie prowadzili po tym, gdy uświadomili sobie tę moc tkwiącą w sobie? Okazuje się, że ta moc objawiała się zarówno w wielkości, odwadze i miłości bliźniego uczniów, jak i w arogancji religijnej, poczuciu wyższości i chęci dominacji kolejnych pokoleń chrześcijan.
Bo przecież jeszcze nie tak dawno ruch naśladowców Jezusa opierał się na zachwycie doświadczeniem spotkania z Chrystusem, z jego Duchem, szukał słów, aby przekazać moc tego doświadczenia innym a ewentualne nieporozumienia polegały na tym, że każdy próbował wyjaśniać jak najlepiej, co tak naprawdę dla każdego z nich oznaczało to doświadczenie spotkania z Chrystusem. Jednak już kilkadziesiąt lat później system religijny, w który nieuchronnie zamieniał się ruch naśladowców Drogi, stawał się stopniowo systemem zamkniętym, segregującym i wykluczającym a przez to dający poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że coraz więcej negatywnych i niebezpiecznych cech pojawiało się w łonie samego chrześcijaństwa.
Coraz częściej przywódcy gmin religijnych byli zainteresowani jedynie porządkiem, „zdrową nauką”, posłuszeństwem i walką z błędnym i fałszywym nauczaniem. Coraz częściej można było spotkać się z twierdzeniem, tak ważnym i tak tragicznym dla świata w skutkach: „My posiadamy prawdę! Jeśli się z nami nie zgadzasz, to nie ma w tobie prawdy. To obowiązek dany nam przez Boga, przez Jego Ducha, aby określić, co jest prawdą a co nie, bronić jej i narzucać ją innym dla ich dobra, dla ich zbawienia!” Coraz częściej przeciwnikami „zdrowej nauki” nie byli poganie, ludzie obcych kultur i religii, ale swoi, chrześcijanie, którzy trochę inaczej rozumieli elementy liturgii i codziennego życia w społeczności zboru. Pojawia się coraz więcej agresji słownej w postaci takich określeń, jak „głupi”, „niedorzeczny”, „przewrotni” (2 Tym 2, 2) Przeciwnicy zdrowej nauki nazywani są „rozpustnikami, sodomitami, handlarzami ludźmi, kłamcami i krzywoprzysięzcami”, zaś w 2 Liście do Tymoteusza 2, 16 napisane jest, że powodują oni gangrenę swoją nauką.
Tak więc, samo dostrzeżenie i uświadomienie w sobie obecności Ducha, jego źródła pochodzenia i mocy nie jest gwarancją „bycia dobrym chrześcijaninem”. Wielokrotnie nadużywano pojęcia „wypełnienia Duchem Bożym” w celu umniejszania bliźnich, poniżania i władania nimi. Tak działo się wtedy, tak się dzieje dzisiaj i tak będzie w przyszłości. Wtedy to „Zginanie kolan przez imieniem Pana” powodowane było lękiem o życie swoje i bliskich albo chłodną kalkulacją zysków i strat.
Pytanie: Jakiego Jezusa trzeba mieć w sercu, jaki obraz Boga ma być wyryty w sumieniu, który Duch prowadzi po ścieżkach tego świata, aby móc ostać się w przyzwoitości i godności w morzu inwektyw i nienawiści, walki o prymat i jedynozbawczość czy licytowania się, kto ma większą wiarę? Jakiego Boga można wyznawać, pokazywać światu, gdy jest się pod wpływem Ducha?
Czy polega to po prostu na tym, że kształtujemy Boga w swym opowiadaniu o Nim tak, jak nam się podoba? Czy do tego upoważnia nas wolność w Duchu Bożym?
Z historii chrześcijaństwa można wyraźnie zobaczyć, że każdy czas interpretuje Biblię i poprzez jej interpretację przedstawia Boga poprzez pryzmat swoich cech, warunków, otoczenia czy wreszcie przekonań. Tak było i będzie. Co więcej, większość z nas uważa, że czyni to właśnie z pomocą Ducha, którego istnienie sobie w pewnym momencie uświadomiliśmy. Nie chodzi o to, czy przedstawiamy, interpretujemy Boga filtrując Go przez naszą osobowość, lęki, marzenia, pragnienia czy doświadczenia traumatyczne. Chodzi o to, jakiego Boga tworzymy i pokazujemy światu poprzez naszą interpretację.
Ponieważ ludzie wykorzystywali Boga do usprawiedliwiania niewolnictwa, segregacji rasowej, mizoginii, kolonializmu i przemocy wobec innych ludzi – mam na myśli to, że nie była to tylko lektura Biblii, ale także jej interpretacja, jak twierdzono, pod wpływem Ducha. Jakiego Ducha? Tego Bożego, Chrystusowego czy fałszywego, utwierdzającego własne ego i pragnienia? Ważne jest przypomnienie sobie tej biblijnej mądrości dotyczącej badaniu duchów.
Jestem głęboko przekonany, że ludzie pod wpływem Ducha Chrystusowego starają się wciąż brać odpowiedzialność za pryzmat, przez który patrzą na świat, a dla wielu z nas, bo wierzę, że jesteśmy pod wpływem tego właśnie Ducha, tym pryzmatem jest Jezus – nie pojedyncze wyrwane z kontekstu wersety Biblii, nie strach, nie władza, ale Jezus. Ten, który nieustannie zbliżał się do ludzi, których religia odrzucała, ten, który mówił, że miłość bliźniego jest ważniejsza niż praktyki religijne, ten, który rzucał wyzwanie systemom krzywdzącym ludzi. Nie sądzę więc, by ci ludzie tworzyli Boga na swój własny obraz. Warto pytać, jaki rodzaj teologii rodzi więcej współczucia, więcej sprawiedliwości, więcej uzdrowienia, więcej miłości. Która teologia jest bardziej odzwierciedleniem życia i nauk Jezusa.
I szczerze mówiąc, uważam, że jest to pytanie o wiele bardziej szczere niż udawanie, że nasz sposób świadczenia o Bogu, choć za sprawą Ducha, jest nietknięty przez kulturę czy nasz charakter. Bo każdy człowiek interpretuje rzeczywistość, czy to pod wpływam Ducha czy pod wpływem sumienia.
Ostateczne pytanie brzmi: „Czy twoje zwiastowanie, „prorokowanie” o Bogu i Jezusie, miejsce, w którym to się wszystko odbywa, czyli kościół, dom, miejsce pracy, pomaga ludziom się rozwijać ku dobremu, jasnemu i czystemu, czy też budzi w nich strach?”
Wciąż spotykamy nowe osoby w tym kościele, jest wiele osób, które chcą z nami przebywać, słuchać nas i uczyć się, odbierają nas jako osoby duchowe. Jest Coś, Ktoś, kto przyciąga te osoby do nas. Pozostaje nam więc we wdzięczności za to nadal żyć w tym Duchu Chrystusowym, nie marnując daru Ducha i szanując go.
Amen.