24/12/2025
Taki zaszczyt nas kopnął. Dziękujemy 🤘🎅
No hello! Witam Was — jak co roku — w moim podsumowaniu roku. Wracam w Waszym ulubionym czerwonym sweterku ze Star Wars i zapraszam na tegoroczne zestawienie. Tym razem pozwoliłem sobie dorzucić po kilka zdań do każdej płyty, łącznie z wyróżnieniami, więc ostrzegam: będzie długo. Ale to tylko dlatego, że ten rok był absurdalnie dobry muzycznie.
Szczerze? Myślałem, że wybór top 10 pójdzie gładko. Wystarczyło jednak spojrzeć, co faktycznie wyszło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, żeby nagle zrobiły się… prawie dwa zestawienia. Ostatecznie jednak udało się to jakoś poskładać. Mała zapowiedź: w tym roku na pierwszym miejscu nie ma polskiego artysty, a co więcej — nie mam nawet zdjęcia okładki zwycięzcy, bo do dziś nie wiem, czy ten album dało się w Polsce normalnie kupić.
Tak więc zapraszam: między składaniem sztucznych życzeń przy wigilijnym stole, dzieleniem się opłatkiem i udawaniem, że chodzi o coś więcej niż jedzenie i prezenty — sprawdźcie, co Nuclear War Zine uznaje za najlepsze płyty tego roku.
Wyróżnienia:
Taco Hemingway – Latarnie wszędzie dawno zgasły
Zaczniemy od płyty niemetalowej — spokojnie, to jedyny taki przypadek w tym zestawieniu. Taco Hemingway to r***r, którego naprawdę bardzo cenię, a jego najnowszy album to czysty fan service dla tych, którzy zakochali się w „Trójkącie warszawskim”. Nie ukrywam, że to właśnie „Trójkąt” pozostaje moją ulubioną płytą Taco, a „Latarnie…” działają jak sequel i jednocześnie domknięcie tamtej historii. Nostalgicznie, dojrzale i bez udawania czegokolwiek.
Asteriæ – Miejsce, które nazywam sobą
Jak już pisałem na zinie — jedno z największych zaskoczeń roku. Aesteria to naprawdę solidny zespół z dużym potencjałem i wyczuciem kierunku. Ta muzyka dobrze się sprzedaje, ale nie kosztem jakości. Spokojnie widziałbym ich na trasie z Domem Złym — i mam cichą nadzieję, że kiedyś to faktycznie wypali.
Metallus – We’re All Doomed
Przyznaję bez bicia: pierwotna premiera nowego Metallus trochę mi umknęła. Tym razem doomowe trio nie wciągnęło mnie aż tak, żebym katował album w pętli, ale wracałem do niego regularnie. Materiał jest wyraźnie dojrzalszy, bardziej zdyscyplinowany — nawet autocenzura zadziałała, bo „We’re All Doomed” jest krótsze niż „Funeral of the Sun”. I bardzo dobrze.
Cold in Berlin – Wounds
Jak dobrze wiecie — Cold in Berlin kocham miłością bezwarunkową. Od pierwszego odsłuchu. Ten zespół kumuluje wszystko, czego szukam w mrocznej, niekoniecznie metalowej muzyce: klimat, emocje, fantastyczne aranżacje i bajeczne wokale. „Wounds” to dokładnie ten rodzaj płyty, który trafia mnie prosto w serducho i nie chce się z niego wynieść.
Rosary – The Broken Sacrament
Polski doom metal w tym roku trzymał się naprawdę świetnie. Rosary w końcu wypuścili pełnoprawny debiut, który jest naturalnym rozwinięciem ich EP-ki. To nie jest płyta dla zarozumiałych doomowców — poszerza horyzonty i nie boi się wyjść poza schemat. A ja takie podejście bardzo cenię. Metal nie musi być klatką.
Castle Rat – The Bestiary
Zespół-fenomen, który niemal z dnia na dzień przebił się do szerszej świadomości. Castle Rat to esencja wszystkiego, co lubię w metalu: riffy, historie, klimat i ta cała otoczka, która działa na wyobraźnię. Ogromny dystans, pomysłowość i świadomość konwencji. „The Bestiary” jest wyraźnie klasę wyżej od debiutu — w końcu Riley, nasza Rat Queen, miała pełnoprawnych towarzyszy do tworzenia materiału. I to słychać.
Gallower – Vengeance & Wrath
Pierwszy album Gallower wydany przez Dying Victims Productions — wytwórnię, która doskonale wie, co robi w speed/thrash/nwothm. Gallower to nasza duma narodowa i towar eksportowy, który wciąż dostaje za mało uwagi. Jeśli nie wiecie, czego dziś posłuchać — sięgnijcie po „Vengeance & Wrath”. Bezpieczny strzał.
Century - SWE - Sign of the Storm
Co by nie mówić – heavy metal ma się dobrze. Trochę ginie w zalewie obecnego przepychu premier, ale podziemie działa prężnie. Century i ich nowy album z miejsca mnie sobą oczarował i przesłuchałem go setki razy. Na poletku heavy metalowym była tylko jedna kapela lepsza, a jaka? To przedstawi Wam moje TOP 10.
TOP:
10. Zmarłym – Wielkie zanikanie
Dziesiąte miejsce otwiera Zmarłym i ich „Wielkie zanikanie” — płyta, która od pierwszego odsłuchu wywołała u mnie lekkie przyspieszenie tętna. To album gęsty od pomysłów, z nieoczywistym brzmieniem i masą detali, które odkrywa się dopiero przy kolejnych powrotach. Jest tu sporo przekminy, sporo mroku, ale też wyraźna narracja, która nie pozwala traktować tej płyty jako zbioru luźnych numerów. Szczególnie bliskie są mi liczne odniesienia do Twin Peaks — ten oniryczny, niepokojący klimat, balansujący gdzieś między snem a koszmarem. No i cover Siekiery… reinterpretacja, a nie tania nostalgia. Zrobione z wyczuciem i szacunkiem. To płyta wymagająca, ale bardzo satysfakcjonująca.
9. Crippling Alcoholism – Ca***rl
Poznałem ten album dość późno, ale szybko nadrobiłem zaległości. Crippling Alcoholism zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Gotycka otoczka wymykająca się schematom, mocny koncept albumowy i historia opowiedziana na Ca***rl jest ciężka, momentami wręcz przytłaczająca — i właśnie dlatego tak skuteczna.. No bo cóż — kto głupi, ten daje bliki i żetony. Waga tej płyty naprawdę jest większa niż riffy Crowbara.
8. owls woods graves – Strix
Owls Woods Graves to mój ulubiony polski zespół blackmetalowy, więc oczekiwania wobec „Strix” były ogromne. Może nawet zbyt ogromne. Przy pierwszych odsłuchach czułem lekki niedosyt — jakby zabrakło tego jednego elementu, który sprawił, że poprzedni materiał tak mocno mnie pochłonął. Ale z każdym kolejnym powrotem „Strix” rósł. To nadal bardzo dobry album: klimatyczny, dopracowany i konsekwentny. Może mniej bezpośredni, może bardziej zachowawczy, ale wciąż niezwykle solidny. Uwzględnienie Sówek w tym zestawieniu to absolutny obowiązek — nawet jeśli tym razem nie było pełnego nokautu, to nadal jest to materiał z najwyższej półki.
7. WIJ – Bluzg
Pierwsze i jedyne EP w zestawieniu. „Bluzg” to materiał, który początkowo mnie kompletnie zbił z tropu. To nie jest Wij, którego pokochałem na „Przestworze”, i dobrze. EP-ka pokazuje zespół, który nie chce stać w miejscu ani grać bezpiecznie. Tu jest więcej brudu, więcej bezpośredniości i wyraźna chęć sprawdzenia się w innych rejonach. Pierwszy kontakt był szokiem, ale z odsłuchu na odsłuch wszystko zaczęło się układać. Cenię zespoły, które mają odwagę powiedzieć: „robimy tak, jak chcemy”, nawet jeśli część słuchaczy się odwróci.
6. Maze Of Torment – Silencing the Voice of Reason
Ten album w moim odczuciu przeszedł zupełnie niesłusznie poza radarem. Maze of Torment serwują death metal starej szkoły, bez nowoczesnych fajerwerków i bez potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek. To granie ciężkie, gęste i smoliste — dokładnie takie, jakie powinno być. Dla fanów Morbid Angel, Obituary czy Deicide to pozycja obowiązkowa. Co najważniejsze: tu nie ma chaosu ani bezsensownego „grania coraz mocniej”. Jest kompozycja, jest groove i jest klimat. Niby stare patenty, ale zagrane z taką energią, że brzmią świeżo. Zero wad, zero lania wody.
5. Species – Changelings
Debiut Species był niemal idealny, więc poprzeczka wisiała bardzo wysoko. „Changelings” nie tylko jej nie strąca — on ją podnosi. To techniczny thrash metal grany z ogromną świadomością formy i bez kompleksów wobec zagranicy. Słychać tu dojrzałość, swobodę i doskonałe wyczucie balansu między techniką a kompozycją. To nie jest popisywanie się umiejętnościami, tylko inteligentne granie, które wciąga od pierwszego do ostatniego numeru. Bez wahania mogę powiedzieć: światowy poziom. Jeśli polski metal ma ambicje eksportowe, to właśnie w takiej formie. Bez kompleksów mogę powiedzieć, że to King Crimson w wersji metalowej. Wielkie brawa — i oby tak dalej.
4. Coroner – Dissonance Theory
Powroty legend bywają różne, ale Coroner zrobili to najlepiej, jak się dało. „Dissonance Theory” to album, który nie próbuje na siłę odtwarzać przeszłości, a jednocześnie jest stuprocentowo „coronerowy”. Przy pierwszym odsłuchu nie kliknęło od razu, ale z każdym kolejnym materiał coraz bardziej mnie wciągał. To techniczny thrash metal w najczystszej postaci — inteligentny, wymagający i kompletnie niepodlegający modom. Czuć tu klasę, doświadczenie i pełną kontrolę nad materią. Dla mnie to jeden z najlepszych comebacków ostatnich lat. A koncert? Czekam jak dziecko na gwiazdkę.
3. Venator – Psychodrome
Venator to zespół bez słabego punktu w dyskografii. „Psychodrome” tylko to potwierdza. To heavy metal w najczystszej, najbardziej szczerej postaci — bez ironii, bez udziwnień, bez kalkulacji. Każdy numer działa, każdy riff siada, a całość aż kipi energią. To płyta, która sprawia, że chcesz założyć skórzaną kurtkę, nawet jeśli siedzisz w domu w dresie. 100% heavy metalu w heavy metalu. Jeśli ktoś wciąż twierdzi, że ten gatunek jest martwy — Venator ma dla niego odpowiedź.
2. Testament – Para Bellum
Wreszcie któryś z thrashowych gigantów dowiózł materiał, który można nazwać prawdziwym powrotem do formy. Para Bellum to album agresywny, dynamiczny i pełen świetnych riffów. Chuck Billy brzmi jak bestia, a zespół udowadnia, że doświadczenie i wiek wcale nie muszą oznaczać stagnacji. Na tle niemocy Metalliki, długiej ciszy Anthraxu i koncertowego życia Slayera, Testament wychodzi na prowadzenie i mówi: „tak się gra thrash metal”. Bez kompromisów, bez zbędnych eksperymentów. Klasa sama w sobie.
1. Darvaza – We Are Him
Darvaza to moje odkrycie roku wraz z Terrestrial Hospice. Co ciekawe – oba zespoły poznałem dopiero na Summer Dying Loud. Tak jak Venator ma w sobie 100% heavy metalu w metalu, tak Darvaza ma 100% black metalu w metalu. Siarka, smoła, gęstość. To nie jest materiał dla sympatyków lekkiego, przyjemnego i pozerskiego black metalu. Nie ma tu przeintelektualizowanych tekstów, płaskiego i miękkiego brzmienia, by słuchacz się nie przestraszył i poczuł inteligentnie. Tu jest sam Szatan, wojna i okultyzm. Bez zbędnego pierdolenia – Darvazę tworzą geniusze muzyczni. I z miejsca się zakochałem. Arcydzieło.