13/05/2026
To był 14 maja 2004 roku. Dwadzieścia dwa lata temu.
Dzień, którego wtedy jeszcze nie rozumiałem. Dzień, który miał zostać we mnie na zawsze.
Tego popołudnia dowiedziałem się, że jadę do Rzymu na kanonizację ks. Orione. Dla młodego kleryka brzmiało to jak spełnienie marzeń. Niektórzy jechali autokarami ze swoich parafii, zorganizowani, spokojni, zaopiekowani. My mieliśmy jechać sami.
Czterech młodych chłopaków.
Pełnych ideałów, które życie zaczynało już powoli łamać.
Dostaliśmy samochód, trochę pieniędzy i zapewnienie, że „wszystko jest załatwione”. Mieliśmy tylko dojechać do Rzymu. Tam podobno czekały siostry i nocleg. Brzmiało prosto.
Wyjechaliśmy ze Zduńskiej Woli po obiedzie. Razem z nami jechał ksiądz. Początek podróży był niemal piękny — góry, rwące rzeki, niekończące się tunele, zachód słońca chowający się za szczytami Alp. Czuliśmy wolność i ekscytację.
Do czasu.
Ksiądz zatrzymał samochód. Obok stał drugi samochód, w którym siedział jego znajomy. Ksiądz spojrzał na nas spokojnie i powiedział:
— Dalej pojedziecie sami.
I odszedł.
Jeszcze chwilę staliśmy w milczeniu, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Czterech chłopaków zostawionych samych sobie tysiące kilometrów od domu.
Ruszyliśmy.
Im dalej jechaliśmy, tym bardziej docierało do nas, że pieniędzy może nie wystarczyć. Nie tylko na drogę. Nawet na jedzenie i wodę. Na granicy austriacko-włoskiej zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Byliśmy źli. Głodni. Zmęczeni. Zbuntowani.
Pamiętam to uczucie do dziś — jakby ktoś wystawił nas na próbę, której nie byliśmy gotowi udźwignąć.
Potem była już tylko noc. Ciemna autostrada. Cisza w samochodzie. Nawet widoki przestały cieszyć. Każdy siedział zamknięty w swoich myślach.
Do Rzymu dotarliśmy 15 maja około północy.
Stanęliśmy przed zamkniętą bramą klasztoru. Obce państwo. Obce miasto. Cztery wyczerpane twarze i dźwięk dzwonka rozrywający nocną ciszę.
Nikt nie otwierał.
Po dłuższej chwili drzwi skrzypnęły. W progu stanęła zaspana siostra.
— Dobry wieczór… Co tak późno? Już północ. Tutaj będziecie spać. Dobrej nocy.
Odwróciła się i chciała odejść.
Wtedy odezwałem się niemal błagalnym głosem:
— Proszę siostry… Czy możemy dostać coś do jedzenia albo do picia? Nie jedliśmy od dwóch dni…
Siostra spojrzała na nas ze smutkiem.
— U nas nie ma kuchni. Jest catering… O tej porze niczego już nie da się załatwić.
Rozpacz?
To słowo i tak nie oddaje tego, co wtedy czuliśmy.
Leżeliśmy później w ciemnym pokoju, głodni, rozczarowani, pełni żalu. Padały słowa, których dziś nie chciałbym już powtarzać. Mieliśmy wrażenie, że wszyscy nas zostawili.
Ale następnego dnia miało wydarzyć się coś, czego nie potrafię wyjaśnić do dziś.
Wstaliśmy przed piątą rano. Wiedzieliśmy, że jeśli chcemy być blisko Placu św. Piotra podczas Mszy świętej pod przewodnictwem Jana Pawła II, musimy być tam wcześnie.
Byliśmy naiwni.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy morze ludzi. Tłumy ciągnęły się jak rzeka bez końca. Kiedy weszliśmy na plac, usiedliśmy na samym końcu, zmęczeni i pogodzeni z losem.
Ktoś z nas rzucił pod nosem:
— No trudno… Chociaż będziemy mogli powiedzieć, że tu byliśmy.
I wtedy wydarzyło się coś nieprawdopodobnego.
Nagle podszedł do nas ksiądz. Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy. Po akcencie można było poznać, że był Słowakiem.
Spojrzał na nas i zapytał:
— Chcecie podejść bliżej?
Bez wahania odpowiedzieliśmy:
— Tak… ale nie mamy wejściówek.
Uśmiechnął się tylko.
— To chodźcie za mną. Jeśli ktoś będzie pytał, mówcie, że idziecie ze mną do chóru.
Serce waliło mi jak młot.
Przeszliśmy pierwszą bramkę.
Potem drugą.
Trzecią.
Czwartą.
Nikt nas nie zatrzymał.
Po chwili staliśmy tuż przy ołtarzu, niemal na wyciągnięcie ręki od miejsca, gdzie Jan Paweł II miał celebrować Eucharystię.
Patrzyliśmy po sobie w milczeniu. Jeszcze kilka godzin wcześniej byliśmy głodni, opuszczeni i rozgoryczeni. Teraz znaleźliśmy się bliżej niż ci wszyscy, którzy mieli wejściówki, znajomości i idealnie zorganizowany wyjazd.
I wtedy przyszła mi do głowy jedna myśl:
Ludzie nas zostawili.
Ale św. Alojzy Orione o nas nie zapomniał.
Po Mszy wszyscy pytali zdziwieni:
— Jak wyście się tam dostali?
A my sami nie potrafiliśmy tego do końca wyjaśnić.
Wiem tylko jedno.
Są w życiu momenty, kiedy wydaje się, że zostaliśmy sami — opuszczeni, głodni, zmęczeni i bezradni. A jednak właśnie wtedy dzieją się rzeczy największe. Bo kiedy kończą się ludzkie możliwości, bardzo często dopiero wtedy zaczyna działać Bóg.
I tego nie zapomnę do końca swoich dni.
Po tym wszystkim zebraliśmy trochę pieniążków i poszliśmy na pizze ❤️❤️❤️❤️❤️ oooo jak smakowała 🤭🤭🤭🤭🤭🤭🤭