03/08/2026
Pastor Martin Niemöller, który za sprzeciw wobec nazizmu spędził lata w niemieckich obozach koncentracyjnych, po wojnie tak tłumaczył obojętność i bierność, jaką mieli wykazywać się niemieccy intelektualiści i niektórzy duchowni wobec rządów nazistów:
"ludzie, których umieszczano wtedy w obozach, byli komunistami. (...) Myśleliśmy: komuniści, ci przeciwnicy religii, ci wrogowie chrześcijan – „czy mam być stróżem brata mego?”
Potem pozbyli się chorych, czy jak ich określali „nieuleczalnych”. Pamiętam rozmowę, jaką odbyłem z osobą, która twierdziła, że jest chrześcijaninem. Powiedziała: Może i dobrze, ci nieuleczalnie chorzy po prostu kosztują państwo, są wyłącznie ciężarem dla siebie i dla innych. Czy nie byłoby najlepiej dla wszystkich zainteresowanych, gdyby zostali usunięci ze środka [społeczeństwa]? Dopiero wtedy kościół jako taki zwrócił na to uwagę.
Potem zaczęliśmy mówić, ale nasze głosy ponownie zostały uciszone publicznie. Czy możemy powiedzieć, że nie jesteśmy winni?
Prześladowania Żydów, sposób, w jaki traktowaliśmy kraje okupowane, czy to w Grecji, w Polsce, w Czechosłowacji czy w Holandii, o wszystkim pisano w gazetach. Wierzę, że my, chrześcijanie Wyznającego Kościoła, mamy wszelkie powody, by powiedzieć: mea culpa, mea culpa! Możemy sobie to wyperswadować pod pretekstem, że gdybym się odezwał, kosztowałoby mnie to głowę.
Woleliśmy milczeć. Z pewnością nie jesteśmy bez winy i ciągle zadaję sobie pytanie, co by się stało, gdyby w roku 1933 lub 1934 – musiała istnieć taka możliwość – 14 000 protestanckich pastorów i wszystkie wspólnoty protestanckie w Niemczech broniły prawdy aż do ich śmierci? Gdybyśmy wtedy powiedzieli, to nie jest w porządku, kiedy Hermann Göring po prostu umieszcza 100 000 komunistów w obozach koncentracyjnych, aby pozwolić im umrzeć.
Mogę sobie wyobrazić, że być może od 30 000 do 40 000 protestanckich chrześcijan miałoby obcięte głowy, ale mogę też sobie wyobrazić, że uratowalibyśmy 30–40 000 milionów ludzi, ponieważ tyle nas to teraz kosztuje."
„Woleliśmy milczeć” – te słowa Martina Niemöllera z 1946 roku nie są jedynie historycznym rozliczeniem z biernością wobec nazizmu, to powracające, uniwersalne ostrzeżenie przed tym, jak łatwo obojętność i przyzwolenie na nienawiść prowadzą do tragedii.
Gdy patrzę na narastające w Polsce nastroje antyukraińskie, trudno nie dostrzec niepokojących analogii do mechanizmów, które niszczyły Europę w latach 30. XX wieku. Wtedy też zaczynało się nie od obozów, lecz od dehumanizującego języka, szukania kozła ofiarnego, obwiniania obcych za kryzysy i cichego przyzwolenia społecznego na mowę nienawiści wobec słabszych.
Proces oswajania nienawiści zawsze wygląda tak samo. Najpierw pojawia się obojętność wobec agresji słownej, potem usprawiedliwianie niechęci, a na końcu milczenie większości, która uznaje, że „to jej nie dotyczy”.
Dzisiaj Ukraińcy w Polsce boją się głośno mówić w swoim języku na ulicach. To zatrważający sygnał, który powinien być dla nas wszystkich ostrzeżeniem. Nie możemy po raz kolejny karmić ksenofobii własnym milczeniem. Kościół i autorytety nie mogą chować głowy w piasek z lęku przed utratą wpływów czy reakcją radykalnej części wiernych. Cyniczni politycy czekają właśnie na naszą bierność, by na nienawiści zbudować swoją władzę.
Kościół musi w końcu posłuchać Niemöllera, nie może być obojętny i udawać, że znowu nic się nie dzieje. Nie możemy znowu milczeć.
Pastor Adam Ciućka