Mistycy, święci i błogosławieni Kościoła Katolickiego

Mistycy, święci i błogosławieni Kościoła Katolickiego Będziemy tutaj poprzez mądrość świętych uczyć się naśladować Chrystusa.

«Panie! Żyję, bo każesz, umrę, kiedy chcesz, zbaw mnie, bo możesz»bł. Aniela Salawa
09/09/2023

«Panie! Żyję, bo każesz, umrę, kiedy chcesz, zbaw mnie, bo możesz»
bł. Aniela Salawa

Bł. Aniela Salawa (1881 - 1922)Aniela urodziła się 9 września 1881 w Sieprawiu koło Krakowa, gdzie też została ochrzczon...
09/09/2023

Bł. Aniela Salawa (1881 - 1922)

Aniela urodziła się 9 września 1881 w Sieprawiu koło Krakowa, gdzie też została ochrzczona. Wychowała się w licznej rodzinie chłopskiej według wskazówek pobożnych rodziców, zgodnie z zasadami chrześcijańskimi. W trudnych warunkach Aniela wykazywała zamiłowanie do modlitwy i pracy.

W 1897 wyjechała się do Krakowa, gdzie najęła się jako służąca. Tak o tej służbie powie pod koniec życia: „W duchu czułam zawsze, od dziecka, że tylko będąc w najbardziej poniżonym stanie, odpowiem łasce Bożej. I dlatego dobrowolnie obrałam stan służącej, wzgardziwszy szczęściem, które mi się nastręczało, ufna, że w tym stanie, tak upokarzającym, odpowiem żądaniu Bożemu”. Innym razem zaś powiedziała: „Kocham moją służbę, bo w niej mam wyborną sposobność wiele cierpieć, wiele pracować i wiele się modlić, a poza tym niczego na świecie nie szukam i nie pragnę”. Po dwóch latach przeżyła śmierć swojej pobożnej siostry Teresy.

Idąc za głosem wewnętrznym, postanowiła skierować swoje kroki na drogę ideałów doskonałego życia chrześcijańskiego, które dojrzewały w jej sercu i ciągle były wzbogacane przez modlitwę. Zrozumiała, że Bóg wskazuje jej drogę całkowitego poświęcenia się w ciągłym wyrzeczeniu. Ten styl życia uważa za swoją specyficzną misję w Kościele, którą spontanicznie wybiera, i wspaniałomyślnie decyduje się na złożenie wieczystego ślubu dziewiczej czystości.

W 1900 zapisała się do Stowarzyszenia Sług Katolickich im. św. Zyty. W ten sposób miała okazję prowadzenia owocnego apostolstwa w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wzbogacała życie wewnętrzne poprzez żywe uczestniczenie w liturgii oraz przeżywanie Męki Pańskiej w bazylice św. Franciszka u franciszkanów konwentualnych. Zatopiona w modlitwie oraz adoracji Najświętszego Sakramentu, kroczyła drogą głębokiego życia wewnętrznego, które wypływało z wiary nadziei i miłości ku Bogu i bliźniemu.

W 1912 Aniela zachwycona duchowością św. Franciszka zdecydowała się wstąpić do III Zakonu św. Franciszka przy bazylice Franciszkanów Konwentualnych w Krakowie; tam też złożyła profesję zakonną. Wiedziała wiele o zakonie, do którego wstąpiła, znała życiorys św. Franciszka, w całości lub częściowo niektóre jego listy, wyjątki z testamentu oraz błogosławieństwo brata Leona. Do III Zakonu wstąpiła stosunkowo późno, bo mając już 30 lat.

Siostra Aniela Teresa – to drugie imię przyjęła przy obłóczynach – zamiast habitu dostała szkaplerz i pasek. Zakon franciszkański najbardziej dopomógł jej w wypracowaniu własnego stylu i mistyki ubóstwa. Ubóstwo jako stan służebny stało się „drogą” i „odpowiedzią” Anieli.

Na początku I wojny światowej (1914-15) pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc wsparcie rannym żołnierzom, którzy nazywali ją „świętą panienką”. W 1916 Aniela znalazła się w bardzo trudnej sytuacji życiowej, została zmuszona do porzucenia wszelkiej pracy i udania się do szpitala św. Zyty. Po wypisaniu ze szpitala zamieszkała w bardzo ubogiej suterenie. Aniela przeżyła ostanie pięć lat życia w tych trudnych warunkach, ale w zjednoczeniu z Bogiem. Ofiarowała Chrystusowi cierpienia, aby móc w ten sposób wynagrodzić za grzechy świata. Z radością wypowiedziała słowa modlitwy: „Panie Jezu, ofiaruję całe moje życie tej wielkiej sprawie, która według Twojej woli i dla Twojej chwały niech będzie zrealizowana w Polsce i za pośrednictwem Polski na całym świecie”. Po miesiącu od złożenia tej ofiary zmarła 12 marca 1922. Grób jej znajduje się w bazylice p.w. św. Franciszka w Krakowie, w kaplicy Męki Pańskiej.

13 sierpnia 1991 papież Jan Paweł II beatyfikował ją w Krakowie.

Św. Andrzej Bobola (1591-1657)Żył w XVII wieku, w czasach poważnych napięć między katolikami a ludnością prawosławną zam...
16/05/2023

Św. Andrzej Bobola (1591-1657)

Żył w XVII wieku, w czasach poważnych napięć między katolikami a ludnością prawosławną zamieszkującą Rzeczpospolitą. Pochodził ze szlacheckiego rodu, osiadłego w Małopolsce, pieczętującego się herbem Leliwa. Jego ojciec Mikołaj Bobola był dzierżawcą sołectwa strachocińskiego, wchodzącego w skład dóbr królewskich.

Andrzej był średniego wzrostu, o zwartej muskularnej i silnej budowie ciała. Twarz miał okrągłą, pełną, policzki okraszone rumieńcem, przez jasną, przyprószoną siwizną, fryzurę, z lekka przeświecała łysina. Powagi dodawała twarzy siwiejąca, nisko strzyżona broda.

Święty Andrzej w wieku 20 lat wstąpił do zakonu jezuitów, a po ponad 10 latach formacji oraz studiów filozoficznych i teologicznych otrzymał święcenia kapłańskie. Władze zakonne posłały go do Nieświeża (dzisiejsza Białoruś), gdzie został rektorem miejscowego kościoła. Św. Andrzej z zapałem przystąpił do pracy - odwiedzał zaniedbane wioski, głosił kazania, chrzcił i spowiadał, nawracając wielu prawosławnych na wiarę katolicką. Potem przez kilka lat był przełożonym domu zakonnego w Bobrujsku. Następnie św. Andrzej był kaznodzieją w Warszawie, Połocku, Wilnie i Pińsku, kontynuując misję wśród prawosławnych. Hierarchowie prawosławni przezwali Andrzeja przydomkiem ”duszochwata" - "łowcy dusz prawosławnych".

Andrzej Bobola całe życie był w drodze, w nieustannym ruchu. Przemierzał ogromne przestrzenie i to w czasach, gdy po bezdrożach i polnych drogach podróżowało się zaprzęgami, a częściej i furmankami. Trzeba było charakteru i odwagi, by takiemu pielgrzymiemu życiu w czasach nieustannej wojny dawać radę. Porywczy, dumny szlachcic z Małopolski z charakterystycznymi dla swego czasu i pochodzenia wadami, ciężko pracował nad swoim charakterem, o czym przypomniał papież Pius XII: „Mając w pamięci to tak ważne upomnienie Chrystusowe: (Łk 9, 23), zabrał się najgorliwiej do nabycia chrześcijańskiej pokory przez wzgardę samego siebie. A ponieważ z natury miał pewną skłonność do wyniosłości i niecierpliwości oraz odrobinę uporu, wydał samemu sobie nieubłaganą walkę. Przez tę walkę wziął niejako krzyż Chrystusowy na ramiona i szedł z nim na Kalwarię, aby u jej szczytu osiągnąć zarazem przy łasce Bożej tę doskonałość upragnionej i gorącymi modlitwami wyjednywanej pokory, przez którą dochodzi się do wszystkich blasków świątobliwości chrześcijańskiej.”

Pragnienie Andrzeja Boboli podążania drogą Jezusową, upór, konsekwencja, odwaga, zaprowadziło go na szczyty chrześcijańskiej miłości, aż do złożenia ofiary ze swego życia.

Pod koniec powstania Chmielnickiego w 1657 r. oddział Kozaków zajął Pińsk, zmuszając św. Andrzeja do ucieczki. Sława św. Andrzeja sięgała daleko i wśród wielu radykalnych prawosławnych budziła nienawiść. Kozakom zależało na przykładnym ukaraniu katolickiego księdza, który uszczuplał Cerkiew o kolejnych wiernych.

W trakcie próby przejazdu z jednej wsi do drugiej św. Andrzej został pochwycony przez Kozaków. Postawiony przed dowódcą oddziału mówił: "moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się!". Ten wydał go na tortury. Krwawy spektakl ściągnął wiele plebsu. Z pojmanego kapłana zdarto suknię kapłańską, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano do słupa i zaczęto bić nahajami, z zamiarem, by wyrzekł się wiary. Następnie oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z nich koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę oraz zaczęli go policzkować, aż wybili mu zęby. Potem wyrywali paznokcie i zdarli skórę z górnej części jego ręki. Odwiązali go i okręcili sznurem, a dwa jego końce przymocowali do siodeł. Andrzej musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc, a oprawcy dodatkowo torturowali go szablami, raniąc mu palce, nogę oraz przekłuwając oko.
Na koniec zawleczono go do rzeźni miejskiej, rozłożono na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało na głowie do kości, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypano sieczką oraz odcięto mu nos, uszy i wargi. Kiedy z bólu i jęku wzywał imiona Jezusa i Maryi, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język oraz grubym szydłem rzeźniczym podziurawiono mu lewy bok. Potem jego ciało szarpane konwulsjami powieszono twarzą do dołu. Katusze i straszne tortury trwały około dwóch godzin, po których uderzeniem szabli w szyję dowódca oddziału zakończył około godziny 15. jego nieludzkie męczarnie, powodując śmierć.

Andrzej Bobola został beatyfikowany dopiero dwa wieki później, w 1853 r., a patronem Polski został ogłoszony kolejne 150 lat później, w 2002 r. Starania o beatyfikację zaczęły się kilkadziesiąt lat po jego śmierci, po wymownych cudach dokonanych za przyczyną Świętego - w 1702 r. ocalił jezuickie kolegium w Pińsku przed splądrowaniem przez nacierających Moskali; w 1709 r. epidemia dziesiątkująca Litwę ominęła Pińszczyznę; potem dochodziło również do wielu tajemniczych uzdrowień ludzi modlących się za wstawiennictwem Andrzeja Boboli.

Wspomnienie św. Andrzeja Boboli obchodzimy 16 maja.

Św. Ludwina z Schiedam (1380-1433), holenderska mistyczka, piękna dziewczyna, która jako 15-latka straciła wszystko, a z...
14/04/2023

Św. Ludwina z Schiedam (1380-1433), holenderska mistyczka, piękna dziewczyna, która jako 15-latka straciła wszystko, a zyskała niebo. Wskutek nieszczęśliwego wypadku, spędziła 38 lat życia przykuta do łóżka, w paraliżu, w gnijącym i cuchnącym ropą ciele. Za namową spowiednika zaczęła ofiarowywać swoje cierpienia Bogu jako zadośćuczynienie za grzechy świata. Doznała łaski stygmatów, przez większość życia żywiła się wyłącznie Komunią świętą.

Urodziła się w Niedzielę Palmową, w 1380 r. w Schiedam, w rodzinie zubożałego szlachcica Piotra i Petroneli, jako jedyna córka spośród dziewięciorga dzieci. W wieku 12 lat ujawniła się jej olśniewająca uroda, więc o jej rękę zabiegali liczni młodzieńcy. Żywiła szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, gdy jej własna matka wysyłała ją po sprawunki, zawsze zachodziła do kościoła, aby się pomodlić. Niestety, w wieku 14 lat podczas ślizgania się na łyżwach upadła i złamała żebro. Nigdy już nie odzyskała zdrowia, do rany wdarła się gangrena, stopniowo pozbawiając ją sprawności fizycznej, aż do całkowitego paraliżu, poza lewą ręką.

Skromne warunki i brak środków finansowych na opłacenie należytej opieki lekarskiej sprawiły, że nie udało się przywrócić dziewczęcia do zdrowia. To był początek jej Golgoty, trwającej długich 38 lat. Resztę swego życia spędziła przykuta do łóżka w domu swych rodziców, którzy oprócz niej mieli na utrzymaniu jeszcze ośmiu synów. Historycy medycyny uznają św. Ludwinę za pierwszy udokumentowany przypadek stwardnienia rozsianego – przewlekłej choroby ośrodkowego układu nerwowego, w której dochodzi do wieloogniskowego uszkodzenia tkanki nerwowej.

Przez tak długi czas Ludwina nie opuszczała łóżka, a życie jej było jednym, powolnym konaniem. Od leżenia powstały bolesne odleżyny. Ciało pokryło się jedną raną. Gnijąca i cuchnąca flegma, wydobywająca się z ran, odstraszyła od chorej nawet najodważniejszych. Lekarze nie mogli rozeznać się w chorobie. Stosowali eksperymentalne zabiegi, które nie tylko nie pomagały i nie przynosiły żadnej ulgi, ale wręcz przeciwnie - zaostrzały sytuację.

Początkowo nieszczęśliwa Ludwina usiłowała jeszcze chodzić, czołgając się na rękach i kolanach po ziemi. Potem i na to zabrakło sił. Paraliż tak ją obezwładnił, że poruszała tylko głową i lewą ręką. Zgangrenowane wnętrzności wydawały ustami, uszami i nosem cuchnącą ropę z krwią. W ranach zalęgło się robactwo. Na domiar złego nie było komu koło chorej chodzić, a przecież potrzebowała stałej opieki. Najęto wreszcie do posługi kobietę, która nie tylko nie była pomocą dla Ludwiny, ale często lżyła ją, pluła na jej twarz, a nawet posuwała się do rękoczynów. To morze cierpienia fizycznego i duchowego początkowo doprowadzało Ludwinę do rozpaczy. Buntowała się, narzekała na swój los, pragnęła śmierci jako wybawienia. W tym stanie znajdowała się przez kilka lat.

W pewnym momencie odwiedził ją ks. Jan de Pot, jej spowiednik, który przekonał ją, aby zaczęła rozważać Mękę Pana Jezusa, a wszelkie utrapienie ofiarowała Panu Bogu za grzechy świata. To samo za drugim razem. Za trzecim zaś, gdy przyszedł do niej z Komunią Świętą i powiedział, że dotychczas nakłaniał ją do naśladowania Chrystusa i świętych męczenników, a teraz sam Syn Boży przyszedł ją pocieszyć – Święta przełamała się i przez piętnaście dni nie mogła powstrzymać łez wzruszenia – była gotowa całkowicie poświęcić się Bogu w niemocy i straszliwych cierpieniach.

Paradoksalnie wraz ze wzrostem łaski wzmagały się dolegliwości. Ciało Świętej poczynało gnić, a w otwartych i niegojących się ranach lęgły się robaki. Oślepła ona na jedno oko, a drugie zaszłe krwią było niezwykle wyczulone na światło słoneczne. Również jej gardło było dotknięte wrzodem, przez co z wielkim bólem była w stanie przyjmować niewielkie ilości pokarmu. Choć jej rany nie ustępowały i wciąż wymagały ciągłych zmian opatrunków, ciało nadal odchodziło od kości, lecz tym razem zamiast odoru, jakiego można się spodziewać przy takim schorzeniu, rany i ciało wydawało bardzo przyjemny zapach, porównywalny z zapachem cynamonu i imbiru.

Na początku 1407 r. otrzymała niezwykły dar wizji i ekstaz. Po wystąpieniu u św. Ludwiny stygmatów, które otrzymała po objawieniu Pana Jezusa, zapach ten ustąpił zapachowi kwiatów: róż, fiołków i lilii. Początkowo widziała Dzieciątko Jezus, które później przemieniło się w mężczyznę z bliznami i ranami na twarzy oraz na ciele, z krwią spływająca spod cierniowej korony. Z ran wystrzeliły świetliste promienie przeszywając stopy, ręce i serce Świętej. Gdy zdała sobie sprawę, że została obdarzona stygmatami, modliła się aby mogła te rany pozostawić w ukryciu i cierpieć ból nimi spowodowany aż do końca swoich dni. Biskup Tournai, Michel d'Esne, pisał że cienka warstwa skóry pokryła rany natychmiast, ale blizny nie zniknęły, ani też nie ustąpił ból.

Rychło też sława jej świętości obiegła okolicę. Przychodzono do niej tłumnie, polecano się jej modlitwie, proszono o rady. Pewnego razu przyszedł do niej człowiek, który za nic nie chciał pójść do spowiedzi, tknięty jednak jej zadziwiającym przypadkiem, o którym głośno było w okolicy, poczuł skłonność do nawrócenia. Nie mógł jednak przełamać się, aby się wyspowiadać, i powiedział Lidwinie, zachwycony jej świętością, iż jedynie od niej gotów jest przyjąć pokutę. Święta zatem nakazała mu, aby przez całą noc leżał na wznak nie zmieniając pozycji. Przyzwyczajony do wygód mężczyzna, gdy to uczynił, przeżywał tak straszne znużenie ową jednostajnością, iż poczuł się jakoby w piekle. Zrozumiał wówczas, jak wiele cierpi ta niewinna panienka i dotarła do niego groza rzeczywistych kar piekielnych, jakie czekały go za jego grzechy – postanowił więc uchronić się od tego, przystępując do sakramentu pokuty. Gdy innym razem odwiedził ją przeor klasztoru św. Elżbiety na wyspie Voorne, Święta z wielką dokładnością opisała zdziwionemu zakonnikowi wygląd cel, refektarza, kaplicy i stróżówki.

Wszystkie dary, jakie jej składano, oddawała ubogim. Tomasz a Kempis pisze w jej żywocie, że na wiadomość o pewnej ubogiej wdowie posłała jej przez znajomą osobę 8 franków. Okazało się jednak, że te franki mimo robionych wydatków zawsze pozostawały nieuszczuplone. Dzięki temu wdowa mogła zaopatrzyć swój dom i spłacić wszystkie długi.

Przez znaczną część życia żywiła się wyłącznie Komunią świętą. Zachowało się pismo urzędników miejskich z Schiedam, z czasów oblężenia miasta przez wojska Filipa Burgundzkiego, potwierdzające że św. Ludwina nie spała i nie przyjmowała pokarmów, a przez 19 lat jej jedynym pokarmem była Komunia Św. Na 7 lat przed śmiercią straciła wzrok. Miała umiejętność rozróżniania konsekrowanego Ciała Chrystusa od zwykłego opłatka, o czym przekonał się pewien ksiądz, sceptycznie nastawiony do jej daru, przynosząc zwykły opłatek zamiast Komunii świętej.

Zmarła w wielkanocną środę, 14 kwietnia 1433 r. Po śmierci zniknęły wszystkie rany z jej ciała, które nienaruszone pozostało na świadectwo jej świętości i dowód, iż tak niepojęte cierpienia zostały zapewne z wyjątkową hojnością wynagrodzone w wieczności, do której przeniosła się dusza tej wyjątkowej służebnicy Bożej. Została pochowana na cmentarzu przy kościele p.w. św. Jana w Schiedam.

Jej grób stał się miejscem licznych pielgrzymek, w krótkim czasie wybudowano nad nim kaplicę, a doczesne szczątki św. Ludwiny złożono w marmurowym sarkofagu. W 1615 r. relikwie św. Ludwiny przeniesiono do kościoła p.w. św. Guduli w Brukseli, po tym jak kalwini zniszczyli kaplicę (kolejny z niezliczonych aktów wandalizmu protestantów wobec katolickich świątyń i relikwii), a przylegający doń klasztor przemienili w sierociniec. Do Schiedam relikwie wróciły w 1871 r.

Kanonizowana dopiero ponad 500 lat później, w 1890 r., przez papieża Leona XIII.

28/01/2023

Św Jan Maria Vianney - O Pokusach !Przybliż się do Boga w takim stanie, w jakim się teraz znajdujesz Pan Jezus zapewnia: Tego, który do mnie przychodzi, nie ...

ŚWIĘTY JAN MARIA VIANNEY (1786-1859)Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 roku we wsi Dardilly, leżącej ok. 10 km. o...
27/01/2023

ŚWIĘTY JAN MARIA VIANNEY (1786-1859)

Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 roku we wsi Dardilly, leżącej ok. 10 km. od Lyonu (Francja). Jego rodzicami byli ubodzy wieśniacy, Mateusz i Maria, posiadający gospodarstwo i winnicę. Jego rodzice byli gorliwymi katolikami, wpajali, zwłaszcza matka, dzieciom dobro, zwracanie myśli i serca ku Bogu oraz dawali przykład prawdziwego chrześcijańskiego życia.
Ich dom słynął z gościnności dla ubogich. Był on schronieniem dla potrzebujących. Mogli się w nim ogrzać i zjeść gorący posiłek. Przy stole zawsze gromadziła sie cała rodzina, a także liczni żebracy, czy prześladowani księża.

Matka świetego Vianneya jeszcze przed jego narodzinami oddała go w opiekę Matce Bożej, marząc, ze zostanie księdzem. Natomiast, gdy miał 4 latka kupiła mu figurkę Matki Bożej, z ktorą Jan w ogóle się nie rozstawał, spał z nią, zabierał na pastwisko, chociaż mogła grozić mu za to śmierć (jego dzieciństwo i lata młodzieńcze przypadały w okresie trwającej rewolucji francuskiej, która miała na celu zniszczenie katolicyzmu).

Jan Maria jako dziecko był bardzo zamyślony i milczący, choć miał też poczucie humoru i był zawsze radosny. Był też bardzo pracowity i posłuszny wobec rodziców, zawsze pomagał rodzicom w pracach gospodarskich. Był bardzo pobożnym dzieckiem. Już w wieku trzech lat przejawiał upodobanie do modlitwy w samotności. Zaszywał się często w jakimś kącie i odmawiał proste modlitwy, których nauczyła go matka. Bardzo lubił chodzić do Kościoła, jednak gdy miał 8 lat zamknięto świątynię. Z całą rodziną zaczął chodzić wtedy na Msze św. odprawiane potajemnie w stodole sasiadów. Mimo wielu obowiazków zawsze znajdował czas na modlitwę. Jeszcze przed przyjęciem Pierwszej Komunii św. ślubował Jezusowi czystość, chcąc zostać księdzem.

Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana.

W wieku 9 lat zaczął chodzić do szkoły, ale uczęszczał do niej w czasie wolnym od prac polowych. Jan nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat.

Mając 17 lat, zdecydował się zostać księdzem, co spotkało się ze sprzeciwem ojca, który uważał, że powołaniem syna jest praca na roli. Na pytanie matki o motywy wstąpienia do seminarium duchownego Jan Vianney odpowiedział: Chcę pozyskać dusze dla dobrego Boga.

W 1806 roku został uczniem proboszcza z Ecully, który przygotowywał do do nauki w seminarium. Uczył go m.in. łaciny i języka francuskiego, ale nauka nie osiągnęła pożądanych wyników. Z powodu trudności w nauce, Vianney chciał porzucuć plany o kapłaństwie i wrócić na gospodarstwo do ojca. W celu ostatecznego rozeznania powołania Jan udał się z pielgrzymką do grobu jezuity francuskiego, św. Franciszka Regis. Ta wizyta przyczyniła się do utwierdzenia Vianney'a w powołaniu kapłańskim.

Jan Vianney został przyjęty w roku 1811 do seminarium duchownego w Lyonie, jednakże zły stan zdrowia, słaba pamięć oraz trudności z przyswojeniem wiedzy teologicznej były powodem rodzących się wśród wykładowców wątpliwości co do prawdziwości powołania kapłańskiego Jana. Z tego powodu był dwukrotnie usuwany z seminarium. Wielki brak kapłanów w archidiecezji lyońskiej sprawił, że wikariusz generalny pozwolił Janowi składać egzaminy nie po łacinie, ale w języku francuskim. Podczas egzaminów jeden z profesorów zastanawiał się głośno: "Co taki osioł może zdziałać w duszpasterstwie?", na co Jan Maria odrzekł "Skoro Samson powalił trzy tysiące Filistynów za pomocą oślej szczęki, czegóż nie dokona Pan, mając do dyspozycji całego osła!" Pomyślnie zdane egzaminy pozwoliły Janowi na przyjęcie święceń kapłańskich w roku 1815 w Grenoble.

Następnie Jan pracował jako wikariusz w Ecully. Razem z tamtejszym proboszczem przestrzegali surowych reguł życia, ściśle wyznaczonych godzin pracy, modlitwy i jedzenia. Oby dwoje bardzo dużo pościli, prawie nic nie jedli i bardzo umartwiali też swoje ciało.

Po trzech latach Vianney został mianowany proboszczem w liczącej 270 mieszkańców osadzie Ars. Mieszkańców wioski cechowała obojętność religijna, gdyż niewielu uczęszczało na niedzielne nabożeństwa, mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Plagą we wsi było pijaństwo. W wyniku usilnych starań ksiedza Jana zamknięto w Ars karczmy i potańcówki, których proboszcz był wielkim przeciwnikiem, gdyż widział w nich okazję do rozwiązłości, nieczystości i pijaństwa. Bardzo też długo zabiegał, by jego parafianie zaprzestali pracy w niedzielę.
Bardzo zależało mu na nawróceniu parafian. Jeden z wiesniaków podsluchał jego modlitwę:
[Boże mój], daj mi nawrócenie mojej parafii; gotów jestem cierpieć wszystko co zechcesz Panie, przez całe me życie!

Dobroć ksiedza Vianneya i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca - powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze parafian. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.

Był bardzo wrażliwy o los najmłodszych. Bardzo zabiegał, by rodzice pozwalali dzieciom się uczyć w szkole. Księdzu Vianneyowi zależało bardzo na tym aby dziewczynki i chłopcy odebrali dobre wykształcenie. Nie mógł przejść obojętnie wobec małych sierot, zwłaszcza dziewczynek, gdyż wiedział, że kobiety odgrywają w rodzinie bardzo dużą rolę, przekazują dobro i żywą wiarę. Dlatego też założył w Ars szkołę-schronisko dla dziewczynek, którą nazwał "Opatrzność".

Ksiądz Vianney dla wszystkich był dobry, uprzejmy i życzliwy, nawet na początku pracy w parafii, gdy większość mieszkańców niemiło go przyjęła i doznawał od nich wielu przykrości. Często odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko.

Z początku jego pracy duszpasterskiej św. Vianney miał ogromne trudności z głoszeniem kazań... nie miał umiejętności do wystąpień publicznych, nie potrafił pięknie i swobodnie przemawiać, był schematyczny. Dlatego, żeby opracować kazanie wybierał fragmenty różnych książek, łączył je w całość i potem z wysiłkiem uczył się ich na pamięć. Na początku przygotowanie jednego kazania zajmowało mu półtorej tygodnia, później jedną noc. Ale mimo ogromnych wysiłków nudził słuchaczy. Były one również bardzo surowe. Po sześciu latach pracy w parafii miał już tyle obowiązków, że nie miał czasu na przygotowanie kazań w pisemnej formie. Pewnego dnia po odprawieniu nowenny do Ducha Św. zaczął przemawiać bez wcześniejszego przygotowania i już do końca życia głosił w ten sposób kazania. Stały się one głębsze, łagodniejsze, wzbudzały zainteresowanie słuchaczy, poruszały ich serca i skłaniały do nawrócenia, były proste, emocjonalne, szczere, płynęły z głębi serca. Od tego czasu mowił on już swobodnie, pewnie z przekonaniem i wielkim uczuciem.

Ksiądz Vianney przyciągał do konfesjonału tłumy, ponieważ posiadał dar czytania w sumieniach i prorokowania o przyszłych losach penitentów. Odnosił się z łagodnością do grzeszników, co nie było oznaką jego słabości czy też pobłażliwości dla grzechu. Nie udzielił rozgrzeszenia dopóki nie przekonał się o szczerości skruchy penitenta. Nacisk kładł na to, aby w wiernych kształtować pragnienie skruchy. Z prostotą, ale stanowczo kierował słowa upomnienia. Kochaj, kochaj Boga – zalecał. Spowiadał szybko, trafiał w główną słabość penitenta, czasami uzupełniał brakujące grzechy, dawał krótkie upomnienia. Jego nauki po spowiedzi były proste i mądre, pożyteczne i łatwe w realizacji. Nieraz bardzo krótka spowiedź pozostawała na zawsze w pamięci. Przez ostatnie piętnaście lat życia spowiadał 12- 17 godzin dziennie. Z powodu wielogodzinnego siedzenia w konfesjonale cierpiał z powodu odleżyn. Nazywał siebie "męczennikiem konfesjonału". Nie opuszczał konfesjonału nawet mimo gorąca, duchoty oraz mrozu panującego w kościele (raz zimą odmroził sobie nawet stopy).

Szczególnym upodobaniem wśród wszystkich modlitw ks. Vianney darzył modlitwę brewiarzową, której nigdy nie opuszczał nawet wtedy, gdy był bardzo zmęczony i słaniający się na nogach. Z podobną gorliwością jak brewiarz odmawiał również ks. Jan różaniec. Często też odmawianie różańca dawał za pokutę w czasie spowiedzi. Miał on również wielkiej miłości do Matki Najświętszej. Jako kapłan pracował ze wszystkich sił nad rozszerzeniem Jej czci. W każdym domu jego parafii znajdował się obraz Matki Boskiej, ofiarowany przez ks. proboszcza, z jego własnoręcznym podpisem u dołu. Całe godziny ks. Jan przebywał również na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Łatwiej go było zastać modlącego się przed ołtarzem kościoła niż na plebanii.

Miał dar widzenia, posiadał wiedzę, co stanie się ze zmarłym po śmierci. Miał także dar niesienia pocieszenia, dodawania otuchy i nadawania sensu ludzkiemu istnieniu.

Przez większość życia miał silne poczucie winy, cierpiał wewnętrzne męki, męczyła go obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze, bał się śmierci, sądu Bożego i potępienia, męczyło go również przekonanie o własnej niedoskonałości, uważał się za wielkiego grzesznika, że zmarnował bardzo wiele Bożych darów i łask. Chciał przez to zrezygnować z funkcji proboszcza i poświęcić resztę życia na pokucie i modlitwie opłakując swoją marność i prosząc Boga o zmiłowanie nad jego grzechami. Jednak nigdy nie otrzymał zgody od przełożonych na opuszczenie parafii.

Przez 35 lat ks. Janowi pokazywał się szatan i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami ataków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.

Często parafianie mówili na ks. Vianneya "Ojciec z puszczy". Było to nawiązanie do osoby św. Jana Chrzciciela, jego surowego trybu życia i moralnej bezkompromisowości.
Święty Vianney przez całe kapłańskie życie nosił włosiennicę, biczował się łańcuchem i żelazną dyscypliną. Czasem zadawał sobie tak głebokie rany, że na pościeli i koszuli nocnej zostawały plamy z krwi i ropy. Jadł nędznie i mało, można mówić, że był na wiecznym poście. Spał 2-3 godziny na gołych deskach. O pierwszej w nocy wstawał i zaczynał wypełniać swoje obowiązki. Często z powodu życia jakie prowadził był przez innych księży ośmieszany, poniżany, czyniono mu uszczypliwe uwagi, jednak nigdy się nie skarżył i nie protestował przeciwko złemu traktowaniu.

Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm księdza Jana. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Pod koniec życia był bardzo słaby, ledwie się poruszał i mówił, często przewracał się z wyczerpania. Męczył go rownież bardzo silny kaszel.

Parę dni przed śmiercią wygłosił ostatnie kazanie, które w całości poświęcone było Eucharystii i miłości Boga.

Umarł spokojnie 4 sierpnia 1859 roku, podczas gdy odmawiano nad nim modlitwy za zmarłych.

1925 roku odbyła się kanonizacja dokonana przez Piusa XI. Święty Vianney ogłoszony został patronem proboszczów na całym świecie.

Jego wspomnienie w Kościele Katolickim obchodzimy 4 sierpnia.

ŚWIĘTY DOMINIK SAVIO (1842-1857)Dominik urodził się w wiosce Riva di Chieri w Piemoncie w 1842 r. Jego rodzice byli pros...
25/01/2023

ŚWIĘTY DOMINIK SAVIO (1842-1857)

Dominik urodził się w wiosce Riva di Chieri w Piemoncie w 1842 r. Jego rodzice byli prostymi ludźmi, ojciec był rzemieślnikiem, a matka krawcową. Rodzice wychowywali dzieci w głębokim poszanowaniu religii.

Już jako pięcioletni chłopiec Dominik został ministrantem i służył do Mszy św., co wymagało od niego dużego samozaparcia, bo Eucharystię sprawowano wówczas tylko rano, a do przemierzenia miał kilka kilometrów. Dźwigał też ze sobą ciężki mszał. Podobno, nie mając zegarka, wiele razy przychodził za wcześnie i modlił się klęcząc przed zamkniętymi drzwiami kościoła.

Mając 6 lat, po Mszy uczęszczał do szkoły prowadzonej przez proboszcza. Gdy zakończył w niej edukację, przeniósł się do kolejnej szkoły, do której musiał codziennie chodzić 8 km pieszo. Na pytanie, czy nie boi się iść sam, ze zdziwieniem odpowiadał: "Przecież są ze mną Pan Jezus, Maryja i Anioł Stróż". Zawsze był punktualny. Od dzieciństwa był też odpowiedzialny za innych. Swoich kolegów uczył, jak dobrze czynić znak krzyża.

8 kwietnia 1849 roku, w Wielkanoc, w wieku 7 lat przyjął pierwszą Komunię świętą. Ze strony księdza proboszcza był to akt wielkiej odwagi, gdyż w owych czasach panowało przekonanie, że do sakramentów należy dopuszczać w wieku znacznie późniejszym. O dojrzałości duchowej Dominika świadczą postanowienia, jakie napisał z okazji tej uroczystości w swojej książeczce do nabożeństwa:

1) będę często spowiadał się i komunikował, ilekroć mi na to zezwoli mój spowiednik,
2) będę święcił dzień święty,
3) moimi przyjaciółmi będą Jezus i Maryja,
4) raczej umrę aniżeli zgrzeszę.

Mając 12 lat, Dominik spotkał św. Jana Bosko, który przyjął go do swego oratorium w Turynie. Nawiązała się między nimi szczególna duchowa więź.

Pewnego dnia usłyszał poruszające kazanie księdza Bosko, w którym powiedział, że jest wolą Bożą, byśmy się stali świętymi, że świętość łatwo można osiągnąć i w niebie czeka wielka nagroda dla tego, kto zostanie świętym.
Dominik zwrócił się wtedy do księdza Bosko z tymi słowami: "Czuję potrzebę i pragnienie, aby zostać świętym. Nie myślałem nigdy, że jest to takie łatwe. Muszę zostać świętym. Niech mi ksiądz w tym dopomoże". Na to wielki pedagog dał chłopcu taką odpowiedź: "Bądź zawsze wesoły, spełniaj dobrze swoje obowiązki i pomagaj kolegom".

12-letni Dominik stał się pomocnikiem księdza Bosko w procesie wychowania bezdomnych i zaniedbanych dzieci z Turynu. Chłopiec wywierał na nich bardzo pozytywny wpływ, pomagał w odrabianiu lekcji, godził zwaśnionych. Potrafił podczas zabawy zaprowadzić całą grupę chłopców na chwilę modlitwy do kaplicy. Był zawsze pogodny i otwarty, by udzielić pomocy. Największą radość sprawiało mu uczenie swoich rozbrykanych rówieśników katechizmu. Żeby urozmaicić spotkanie, organizował dla nich konkursy z nagrodami. Jednemu koledze powiedział, że świętość polega na tym, żeby zawsze być radosnym i wiernym w codziennym wypełnianiu obowiązków.

W bardzo młodym wieku otrzymał dar kontemplacji, nieraz wiele godzin pozostawał w Kościele, adorując Jezusa.
Otrzymał też inne nadprzyrodzone dary. Pewnego dnia zapukał do pokoju Jana Bosko błagając go, by natychmiast szedł z nim. Zaprowadził go do mieszkania umierającego protestanta, który pragnął pojednać się z Bogiem. Odległość od oratorium była znaczna. Dla św. Jana Bosko pozostało na zawsze zagadką, skąd Dominik dowiedział się o tym protestancie i o miejscu jego zamieszkania, skoro tu nigdy nie bywał.

8 grudnia 1854 r, w dniu uroczystego ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, Dominik napisał osobisty akt ofiarowania się Niepokalanej: "Maryjo, ofiaruję Ci swoje serce. Spraw, aby zawsze było Twoim. Jezu i Maryjo, bądźcie zawsze moimi przyjaciółmi. Błagam Was, abym raczej umarł, niżbym miał przez nieszczęście popełnić choć jeden grzech".

W 1856 r. Dominik, za zgodą swojego wychowawcy, założył Towarzystwo Niepokalanej, którego celem było pomaganie w nauce słabszym wychowankom oratorium, dopingowanie do pracy mad sobą. Razem z paroma kolegami z narażeniem życia opiekował się chorymi na cholerę.

Późną jesienią roku 1856 r. w skutek dotkliwego zimna, Dominik rozchorował się, zaczął odczuwać wysoką gorączkę, gnębił go silny, uporczywy kaszel. Jan Bosko wezwał lekarza. Ten orzekł, że ma gruźlicę, bardzo już zaawansowaną, i polecił, by chłopca natychmiast odesłać do rodzinnych stron. Kiedy Dominik żegnał św. Jana Bosko i kolegów, ze łzami w oczach powiedział: "Ja już tu nie wrócę".

Po kilkumiesięcznych cierpieniach w domu Dominik zmarł 9 marca 1857 roku, w wieku zaledwie 15 lat, zaopatrzony sakramentami świętymi. Niedługo przed śmiercią prosił tatę, by czytał mu modlitwę o dobrą śmierć. W chwili śmierci miał powiedzieć do swojego ojca "Do widzenia, ojcze! O, jakie piękne rzeczy widzę".

Papież Pius XI w roku 1933 wydał dekret o heroiczności jego cnót. Nazwał go wtedy "małym świętym", który jednak był "gigantem ducha". W roku 1950 Dominik Savio został beatyfikowany, a cztery lata później kanonizowany przez Piusa XII.
Św. Dominik jest patronem ministrantów i młodzieży.

Jego wspomnienie w Kościele Katolickim obchodzimy 9 marca.

Adres

Przodkowo
83-305

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Mistycy, święci i błogosławieni Kościoła Katolickiego umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij