27/01/2023
ŚWIĘTY JAN MARIA VIANNEY (1786-1859)
Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 roku we wsi Dardilly, leżącej ok. 10 km. od Lyonu (Francja). Jego rodzicami byli ubodzy wieśniacy, Mateusz i Maria, posiadający gospodarstwo i winnicę. Jego rodzice byli gorliwymi katolikami, wpajali, zwłaszcza matka, dzieciom dobro, zwracanie myśli i serca ku Bogu oraz dawali przykład prawdziwego chrześcijańskiego życia.
Ich dom słynął z gościnności dla ubogich. Był on schronieniem dla potrzebujących. Mogli się w nim ogrzać i zjeść gorący posiłek. Przy stole zawsze gromadziła sie cała rodzina, a także liczni żebracy, czy prześladowani księża.
Matka świetego Vianneya jeszcze przed jego narodzinami oddała go w opiekę Matce Bożej, marząc, ze zostanie księdzem. Natomiast, gdy miał 4 latka kupiła mu figurkę Matki Bożej, z ktorą Jan w ogóle się nie rozstawał, spał z nią, zabierał na pastwisko, chociaż mogła grozić mu za to śmierć (jego dzieciństwo i lata młodzieńcze przypadały w okresie trwającej rewolucji francuskiej, która miała na celu zniszczenie katolicyzmu).
Jan Maria jako dziecko był bardzo zamyślony i milczący, choć miał też poczucie humoru i był zawsze radosny. Był też bardzo pracowity i posłuszny wobec rodziców, zawsze pomagał rodzicom w pracach gospodarskich. Był bardzo pobożnym dzieckiem. Już w wieku trzech lat przejawiał upodobanie do modlitwy w samotności. Zaszywał się często w jakimś kącie i odmawiał proste modlitwy, których nauczyła go matka. Bardzo lubił chodzić do Kościoła, jednak gdy miał 8 lat zamknięto świątynię. Z całą rodziną zaczął chodzić wtedy na Msze św. odprawiane potajemnie w stodole sasiadów. Mimo wielu obowiazków zawsze znajdował czas na modlitwę. Jeszcze przed przyjęciem Pierwszej Komunii św. ślubował Jezusowi czystość, chcąc zostać księdzem.
Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana.
W wieku 9 lat zaczął chodzić do szkoły, ale uczęszczał do niej w czasie wolnym od prac polowych. Jan nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat.
Mając 17 lat, zdecydował się zostać księdzem, co spotkało się ze sprzeciwem ojca, który uważał, że powołaniem syna jest praca na roli. Na pytanie matki o motywy wstąpienia do seminarium duchownego Jan Vianney odpowiedział: Chcę pozyskać dusze dla dobrego Boga.
W 1806 roku został uczniem proboszcza z Ecully, który przygotowywał do do nauki w seminarium. Uczył go m.in. łaciny i języka francuskiego, ale nauka nie osiągnęła pożądanych wyników. Z powodu trudności w nauce, Vianney chciał porzucuć plany o kapłaństwie i wrócić na gospodarstwo do ojca. W celu ostatecznego rozeznania powołania Jan udał się z pielgrzymką do grobu jezuity francuskiego, św. Franciszka Regis. Ta wizyta przyczyniła się do utwierdzenia Vianney'a w powołaniu kapłańskim.
Jan Vianney został przyjęty w roku 1811 do seminarium duchownego w Lyonie, jednakże zły stan zdrowia, słaba pamięć oraz trudności z przyswojeniem wiedzy teologicznej były powodem rodzących się wśród wykładowców wątpliwości co do prawdziwości powołania kapłańskiego Jana. Z tego powodu był dwukrotnie usuwany z seminarium. Wielki brak kapłanów w archidiecezji lyońskiej sprawił, że wikariusz generalny pozwolił Janowi składać egzaminy nie po łacinie, ale w języku francuskim. Podczas egzaminów jeden z profesorów zastanawiał się głośno: "Co taki osioł może zdziałać w duszpasterstwie?", na co Jan Maria odrzekł "Skoro Samson powalił trzy tysiące Filistynów za pomocą oślej szczęki, czegóż nie dokona Pan, mając do dyspozycji całego osła!" Pomyślnie zdane egzaminy pozwoliły Janowi na przyjęcie święceń kapłańskich w roku 1815 w Grenoble.
Następnie Jan pracował jako wikariusz w Ecully. Razem z tamtejszym proboszczem przestrzegali surowych reguł życia, ściśle wyznaczonych godzin pracy, modlitwy i jedzenia. Oby dwoje bardzo dużo pościli, prawie nic nie jedli i bardzo umartwiali też swoje ciało.
Po trzech latach Vianney został mianowany proboszczem w liczącej 270 mieszkańców osadzie Ars. Mieszkańców wioski cechowała obojętność religijna, gdyż niewielu uczęszczało na niedzielne nabożeństwa, mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Plagą we wsi było pijaństwo. W wyniku usilnych starań ksiedza Jana zamknięto w Ars karczmy i potańcówki, których proboszcz był wielkim przeciwnikiem, gdyż widział w nich okazję do rozwiązłości, nieczystości i pijaństwa. Bardzo też długo zabiegał, by jego parafianie zaprzestali pracy w niedzielę.
Bardzo zależało mu na nawróceniu parafian. Jeden z wiesniaków podsluchał jego modlitwę:
[Boże mój], daj mi nawrócenie mojej parafii; gotów jestem cierpieć wszystko co zechcesz Panie, przez całe me życie!
Dobroć ksiedza Vianneya i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca - powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze parafian. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.
Był bardzo wrażliwy o los najmłodszych. Bardzo zabiegał, by rodzice pozwalali dzieciom się uczyć w szkole. Księdzu Vianneyowi zależało bardzo na tym aby dziewczynki i chłopcy odebrali dobre wykształcenie. Nie mógł przejść obojętnie wobec małych sierot, zwłaszcza dziewczynek, gdyż wiedział, że kobiety odgrywają w rodzinie bardzo dużą rolę, przekazują dobro i żywą wiarę. Dlatego też założył w Ars szkołę-schronisko dla dziewczynek, którą nazwał "Opatrzność".
Ksiądz Vianney dla wszystkich był dobry, uprzejmy i życzliwy, nawet na początku pracy w parafii, gdy większość mieszkańców niemiło go przyjęła i doznawał od nich wielu przykrości. Często odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko.
Z początku jego pracy duszpasterskiej św. Vianney miał ogromne trudności z głoszeniem kazań... nie miał umiejętności do wystąpień publicznych, nie potrafił pięknie i swobodnie przemawiać, był schematyczny. Dlatego, żeby opracować kazanie wybierał fragmenty różnych książek, łączył je w całość i potem z wysiłkiem uczył się ich na pamięć. Na początku przygotowanie jednego kazania zajmowało mu półtorej tygodnia, później jedną noc. Ale mimo ogromnych wysiłków nudził słuchaczy. Były one również bardzo surowe. Po sześciu latach pracy w parafii miał już tyle obowiązków, że nie miał czasu na przygotowanie kazań w pisemnej formie. Pewnego dnia po odprawieniu nowenny do Ducha Św. zaczął przemawiać bez wcześniejszego przygotowania i już do końca życia głosił w ten sposób kazania. Stały się one głębsze, łagodniejsze, wzbudzały zainteresowanie słuchaczy, poruszały ich serca i skłaniały do nawrócenia, były proste, emocjonalne, szczere, płynęły z głębi serca. Od tego czasu mowił on już swobodnie, pewnie z przekonaniem i wielkim uczuciem.
Ksiądz Vianney przyciągał do konfesjonału tłumy, ponieważ posiadał dar czytania w sumieniach i prorokowania o przyszłych losach penitentów. Odnosił się z łagodnością do grzeszników, co nie było oznaką jego słabości czy też pobłażliwości dla grzechu. Nie udzielił rozgrzeszenia dopóki nie przekonał się o szczerości skruchy penitenta. Nacisk kładł na to, aby w wiernych kształtować pragnienie skruchy. Z prostotą, ale stanowczo kierował słowa upomnienia. Kochaj, kochaj Boga – zalecał. Spowiadał szybko, trafiał w główną słabość penitenta, czasami uzupełniał brakujące grzechy, dawał krótkie upomnienia. Jego nauki po spowiedzi były proste i mądre, pożyteczne i łatwe w realizacji. Nieraz bardzo krótka spowiedź pozostawała na zawsze w pamięci. Przez ostatnie piętnaście lat życia spowiadał 12- 17 godzin dziennie. Z powodu wielogodzinnego siedzenia w konfesjonale cierpiał z powodu odleżyn. Nazywał siebie "męczennikiem konfesjonału". Nie opuszczał konfesjonału nawet mimo gorąca, duchoty oraz mrozu panującego w kościele (raz zimą odmroził sobie nawet stopy).
Szczególnym upodobaniem wśród wszystkich modlitw ks. Vianney darzył modlitwę brewiarzową, której nigdy nie opuszczał nawet wtedy, gdy był bardzo zmęczony i słaniający się na nogach. Z podobną gorliwością jak brewiarz odmawiał również ks. Jan różaniec. Często też odmawianie różańca dawał za pokutę w czasie spowiedzi. Miał on również wielkiej miłości do Matki Najświętszej. Jako kapłan pracował ze wszystkich sił nad rozszerzeniem Jej czci. W każdym domu jego parafii znajdował się obraz Matki Boskiej, ofiarowany przez ks. proboszcza, z jego własnoręcznym podpisem u dołu. Całe godziny ks. Jan przebywał również na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Łatwiej go było zastać modlącego się przed ołtarzem kościoła niż na plebanii.
Miał dar widzenia, posiadał wiedzę, co stanie się ze zmarłym po śmierci. Miał także dar niesienia pocieszenia, dodawania otuchy i nadawania sensu ludzkiemu istnieniu.
Przez większość życia miał silne poczucie winy, cierpiał wewnętrzne męki, męczyła go obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze, bał się śmierci, sądu Bożego i potępienia, męczyło go również przekonanie o własnej niedoskonałości, uważał się za wielkiego grzesznika, że zmarnował bardzo wiele Bożych darów i łask. Chciał przez to zrezygnować z funkcji proboszcza i poświęcić resztę życia na pokucie i modlitwie opłakując swoją marność i prosząc Boga o zmiłowanie nad jego grzechami. Jednak nigdy nie otrzymał zgody od przełożonych na opuszczenie parafii.
Przez 35 lat ks. Janowi pokazywał się szatan i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami ataków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.
Często parafianie mówili na ks. Vianneya "Ojciec z puszczy". Było to nawiązanie do osoby św. Jana Chrzciciela, jego surowego trybu życia i moralnej bezkompromisowości.
Święty Vianney przez całe kapłańskie życie nosił włosiennicę, biczował się łańcuchem i żelazną dyscypliną. Czasem zadawał sobie tak głebokie rany, że na pościeli i koszuli nocnej zostawały plamy z krwi i ropy. Jadł nędznie i mało, można mówić, że był na wiecznym poście. Spał 2-3 godziny na gołych deskach. O pierwszej w nocy wstawał i zaczynał wypełniać swoje obowiązki. Często z powodu życia jakie prowadził był przez innych księży ośmieszany, poniżany, czyniono mu uszczypliwe uwagi, jednak nigdy się nie skarżył i nie protestował przeciwko złemu traktowaniu.
Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm księdza Jana. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Pod koniec życia był bardzo słaby, ledwie się poruszał i mówił, często przewracał się z wyczerpania. Męczył go rownież bardzo silny kaszel.
Parę dni przed śmiercią wygłosił ostatnie kazanie, które w całości poświęcone było Eucharystii i miłości Boga.
Umarł spokojnie 4 sierpnia 1859 roku, podczas gdy odmawiano nad nim modlitwy za zmarłych.
1925 roku odbyła się kanonizacja dokonana przez Piusa XI. Święty Vianney ogłoszony został patronem proboszczów na całym świecie.
Jego wspomnienie w Kościele Katolickim obchodzimy 4 sierpnia.