03/04/2026
Tęsknię – tęsknię za tą drogą, którą przebyłem. Niby wróciłem z trasy EDK do domu ale jednak wciąż idę...
Mając w tym roku pod opieką dwa rejony EDK, działając w zespole EDK do spraw mediów i w kilku innych sprawach związanych z EDK wiedziałem, że pochłonięty organizacją nie wyjdę na żadną z tras w swoich rejonach. Postanowiłem pojechać w gości: do rejonu Ekstremalna Droga Krzyżowa - Nysa.
To miała być noc taka jak inne w poprzednich latach. Przejść, porozważać kolejne stacje drogi krzyżowej, przeczytać rozważania, dostać fizycznie w kość i wrócić troszkę zmieniony do domu. I co? Taki prosty plan. A co z realizacją?
Dobrze mówią: chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Powiedz mu o swoich planach! Jednak to nie była droga z Bogiem, który planuje za mnie. To nie była droga, którą ja sobie zaplanowałem i którą kontrolowałem. To była droga, którą Bóg zaplanował ze mną. Powiedziałem Bogu gdzie i po co idę, powiedziałem o swoim celu. Owszem – niosłem kilka intencji w sercu ale główny cel był inny. Tę trasę miałem kiedyś przejść z człowiekiem, który nazwał mnie swoim przyjacielem. Z człowiekiem wielkiej wiary i ogromnej dobroci. Wielkie ciepło dobra biło od niego. Ale Bóg to zaplanował po swojemu.
Nie zdążyłem odbyć tej wspólnej wędrówki fizycznie, gdyż Bóg zabrał go do siebie. Ale w swej dobroci pozwolił aby Witek towarzyszył mi duchowo. Pierwszy raz chyba szedłem w całkowitej ciszy: cisza panowała nie tylko wokół mnie ale i we mnie. Nie kłóciłem się z Bogiem o nic, nic mu nie nawrzucałem – żadnych swoich żali, pretensji, żądań. Szedłem szczęśliwy bo szedłem ze swoim przyjacielem. Cisza, ciemność, fizyczna samotność. Samotnie ale jednak nie sam.
Dystans długi, nawet bardzo długi. Nigdy takiego nie przeszedłem. Trasy też zupełnie nie znałem. Słabo zaplanowałem sobie zaopatrzenie w wodę. Ale od czego są przyjaciele? Jeden z nich, Marcin, zostawia mi mniej więcej w połowie dystansu na drodze butelki z wodą – taki Szymon pomagający nieść krzyż. Zupełnie bezinteresownie i z własnej woli. Sam wychodzi z taką propozycją. Mały wielki gest.
Ruszając na trasę w głowie mam słowa, które padły na Mszy świętej. Słowa wypowiedziane przez liderkę rejonu. Kołaczą mi co jakiś czas po głowie. Słowa o moim, naszym przyjacielu Witku. Pełne ciepła, wdzięczności za to co Wiciu zrobił dla nas wszystkich EDeKowiczów. I wtedy pytam, tak jak na jednym z nielicznych naszych spotkań: Witku, gdzieś Ty tę dziewczynę znalazł? I słyszę jego słowa: wymodliłem ją. Gdy szukałem kogoś na swoje miejsce – nikogo nie umiałem znaleźć. Gdy się zacząłem modlić – sama się znalazła!
Takie to proste: pomodlić się. Pomodlić się z wiarą, że Bóg da to co dla nas najlepsze! Takie proste a zarazem takie trudne. Pomodlić się, uwierzyć i przyjąć dar, który Bóg nam daje... Uczę się tego w czasie tej drogi. I staram się to zrozumieć.
Wychodząc z Kępnicy i wchodząc na wzniesienia – mam cudowne widoki. Najpierw na Nysę, później na kolejne mijane miejscowości. Chłonę to oczyma, poję tym pięknem swoją duszę. Nie robię zdjęć – chyba pierwszy raz w życiu nie wyciągam w czasie EDK aparatu. To zostanie tylko dla mnie i we mnie.
Pierwszy też raz w życiu przechodzę EDK nie odczytując rozważań ale je wysłuchując. Trafiają we mnie. Niosą mnie. Pomagają przeżyć tę drogę.
Wczesna pora: 4:47. Zaczynają odzywać się pierwsze ptaki. O 4:50 już dają pełny koncert. Wydaje mi się, że najgorszy etap za mną. Przecież to już świt – będzie tylko łatwiej! Taaaa, mały człowieczku! Znasz Witka – ta trasa nie ma nic wspólnego ze słowami „będzie łatwiej”. Bo kończą się niziny. A Witek uwielbiał góry. I wiedział jak trasę poprowadzić. Nigdy nie szedł na kompromisy. EDK miała dawać w kość. I ta trasa do Barda to taka esencja EDK. O świcie będzie łatwiej? Widzę uśmiech Witka: łatwiej to już było! Pierwsze podejście za Złotym Stokiem. Stoję u dołu na drodze i patrzę na tę niemal pionową ścianę, po której prowadzi ledwie widoczna ścieżka. Tylko Witek mógł to wymyślić! Uśmiecham się do niego i powoli ładuję się pod tę górę. Przecież mam w nogach dopiero 49 km! Wychodzę na górę z uśmiechem. Leje się ze mnie pot ale jestem szczęśliwy. Dałem radę!
I wydaje mi się, że słyszę głos: rozgrzałeś się? To dobrze bo mam coś jeszcze ekstra dla Ciebie! Nie za bardzo rozumiem dopóki nie doszedłem do Przełęczy Kłodzkiej. To tu dwa lata temu pogoda przerwała EDK Witka i Marcina. Widzę drewnianą wiatę, w której wtedy się schronili. Mam ten obraz żywy przed oczami. Przechodzę przez parking i nagle zaczynam rozumieć co to za atrakcja czeka na mnie: to podejście na Podzamecką Kopę, prostopadle do warstwic. Oby Was...!!
Jest ciężko ale nie poddaję się. Czuję cały czas duchowe wsparcie. Z dużym wysiłkiem ale wchodzę na szczyt, uśmiecham się. Zaczepnie pytam: to już? Znowu widzę w wyobraźni ten uśmiech Witka i wiem, że to było pytanie nie na miejscu!
Na kolejnych 9 kilometrach robię ponad 500 metrów podejść i 400 metrów zejść! Za każdym razem gdy widzę kolejne czekające mnie podejście powtarzam: skoro Ty tam Witku wszedłeś to i ja nie będę gorszy! Włącza się niemal tryb rywalizacji. Nie mam jak sprawdzić, kto silniejszy, kto szybszy bo też nie o to tu chodzi. Czuję, że idziemy razem nawzajem się dopingując. Cudowna górska wędrówka z przyjacielem.
Słabości mnie oczywiście dopadają. To już kilkanaście godzin marszu, który rozpoczął się po ciężkim dniu pracy. Nie śpię już od około 30 godzin. Potrzebuje coraz częściej przystanąć. Chociaż na chwilę zamknąć oczy. Gdy robię to ostatni raz przed podejściem do Kaplicy Górskiej przed oczami mam twarz Witka. Twarz uśmiechniętą, pełną dobra, ciepła, spokoju. Widzę twarz człowieka szczęśliwego. Jest tuż obok, blisko, bliziutko. Niemal na wyciągnięcie ręki! Otwieram oczy, podnoszę się szybko i ruszam, póki nie ostygną mięśnie. Pokonuję kolejne wzniesienie aby zacząć schodzić już do Barda. To zejście kosztuje wiele sił ale wiem, że już bliziutko! Jeszcze tylko przejść przez miasto i podejść do ostatniej stacji. Po drodze spotykam ukochaną Żonę wraz z synem – chwilę idziemy razem. Pod ostatnią górę podchodzę wraz z synem. Gdy dochodzę do ostatniej stacji tradycyjnie oczy mi się pocą. Klękam przy ostatniej stacji z wdzięcznością dziękując Bogu za tę drogę. Intencje doniosłem, wiarę umocniłem, poznałem prawdziwych przyjaciół. Jeden z nich – Marcin, stoi obok mojej Żony. Pomagał mi w nocy, przyjechał spotkać się ze mną na końcu drogi. Czym sobie zasłużyłem na takich przyjaciół? Niczym nie trzeba sobie zasłużyć – po prostu są wymodleni!
Droga dobiegła końca. Ale tylko ta fizyczna droga. Duchowo cały czas trwa. Trawię ją, chłonę, przesiąkam nią. Ona ciągle jest żywa we mnie. Trwa i działa. Tego szukałem, tego potrzebowałem. To było (jest) najwspanialsze zakończenie tej jakże trudnej i wymagającej dla mnie edycji EDK. Piękniejsze niż mogłem sobie wyobrazić. Piękne, cudowne, wymarzone, wymodlone i przede wszystkim przemodlone.
Cudowne bo ze wspaniałymi przyjaciółmi, którzy wspomagali mnie w tej drodze: moją Żoną, z Gracjaną i Marcinem. Bardzo Wam za to dziękuję! Całej trójce razem i każdemu z osobna. I cały czas będę pamiętał o Was w modlitwie. I o to samo Was proszę. Towarzyszył mi też Witek, dobry druh na tej trasie. Z takim kompanem ta trasa to przyjemność.
A powrót do domu? Bajka – dzięki mojej kochanej Żonie, która nie tylko czuwała cała noc ale i odebrała mnie z Barda i bezpiecznie dowiozła do domu. Sam bym nie wrócił – po prostu mnie odcięło i większość trasy chyba przekimałem. Chyba bo jej nie pamiętam....
Dobrych, błogosławionych Świąt, pełnych łask Zmartwychwstałego!
Z Bogiem!
Ekstremalna Droga Krzyżowa-Gościce