20/08/2026
Drodzy Dwudziestkojedynkowicze,
powiem Wam, że nikomu już nie można ufać, a w szczególności PKP S.A. Człowiek się nastawia, rezerwuje czas na czytanie… a tu nic. Pięć minut spóźnienia z Rzeszowa do Poznania. To się nie liczy, ja się tak nie bawię. Mam ochotę posiedzieć na ławce pod dworcem, żeby wyrównać uzyskany czas.
Ludzie, oddajcie stare, dobre PKP sprzed trzech dni, które uczciwie spóźnia się sto dziewięćdziesiąt minut i mówi, że w ramach rekompensaty można dostać wafelek i butelkę wody! Pięć minut?! Czy to jest poważne traktowanie klienta?! Nawet człowiek nie zdążył się rozsiąść, a tu już trzeba było wysiadać. Dobrze, że przynajmniej klimatyzacja nie działała, okna się nie otwierały i nie działały toalety. Dzięki temu szok punktualności był mniejszy. Tak sobie myślę, że jak kiedyś z Maciejem Rajfurem napiszemy drugą część „Rusz duszę”, to będzie ona miała podtytuł „PKP kontratakuje”.
Ale póki co zafundowałem sobie sentymentalny powrót do przeszłości. Dwustuprocentowa zawartość cukru w cukrze, klasyka w najelegantszym wydaniu. Wyśmienity pasaż, od piasków Kuwejtu i bazary Bagdadu, przez europejskie stolice, zadymione gabinety polityków, szpiegowskie gry, aż po Gabinet Owalny, Plac Czerwony i rozmowy o losach świata. No Mistrz! To jak oglądanie starych Bondów, jazdy figurowej na lodzie, tiki-taki i konkursu Chopinowskiego w jednym. Piętnaście wątków, rozstawionych na szachownicy geopolityki, niepowiązanych ze sobą w żaden sposób, powoli i konsekwentnie zbiegających się w finale z najmniej oczekiwanej strony. Jak to jest świetnie napisane! Uwielbiam takie pierwsze zdania: „Człowiek, któremu pozostało dziesięć minut życia, wybuchnął śmiechem”. Przecież w tym jest wszystko, czego możemy się spodziewać: akcja, tajemnica, napięcie.
Jak to się dobrze zestarzało. Nie odbiega poziomem od dzisiejszych intryg spod znaku „Teheranu”, „Agencji”, „Nocnego recepcjonisty” czy „Faudy”. Egzotyka spreparowana na użytek gry wywiadów, którą łykamy jak najlepszą czekoladę, nie zastanawiając się nad prawdopodobieństwem zdarzeń.
A wszystko to w kultowym wydaniu Wydawnictwa Amber – hegemona na naszym rynku wydawniczym – czasu przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zaryzykowałbym tezę, że chyba każdy w domu ma jakiś tytuł sygnowany ich logotypem: coś autorstwa Ludluma, Cusslera, Folletta, Crichtona, Grishama, Kinga, Dicka, Clarke’a, Steel, MacLeana, no i oczywiście Forsytha. Amber to przecież była książkowa wypożyczalnia kaset video z rozkładanych łóżek i nysek. No i te okładki, kopiowane z zachodnich paperbacków. I te nakłady. Istny kosmos.
Więc, ten tego, świat uratowany. Przynajmniej do następnego razu.
o. Roman OP +
Frederick Forsyth, „Pięść Boga”, tom I i II, Wydawnictwo Amber 1994