Legenda głosi, że Gorzów Wlkp. był pierwszą osadą, z której wychodziła GRUPA ZŁOTA. Wodzem pielgrzymki był wówczas ks. Do mrocznych zagadek historii należy fakt wymarcia tej grupy. Hipotez na ten temat jest wiele (tak jak z wyginięciem dinozaurów). Na całe szczęście w przyrodzie nic nie ginie. Idea pielgrzymki odrodziła się we wspaniałym grodzie Świebodzin. Dwaj najtwardsi pielgrzymi: Czesław Kara
tucha i ks. Robert Tomalka przetrwali i zapoczątkowali ruch pielgrzymkowy w tym grodzie. Najstarsza wzmianka autorstwa Świebody Anonima pochodząca sprzed 5760 . . . dni wspomina, jak to dzielni i wspaniali Don Tomalka i Sancho Karatucha rozpoczęli formowanie grupy mającej w herbie "złoty znak". Sceptykom wydawało się, że będzie to ich kolejna walka z wiatrakami, a jednak stało się inaczej. Przy pomocy kilku zapaleńców rozesłano pielgrzymkowe wici, na które odpowiedziało ponad 120 osób. Wszystkich ich jednoczyła wspólna chęć pokonania wysiłku, trudności i aktów pokutnych w drodze na Jasną Górę. Pragnęli się spotkać z Matką Bożą w cudownym wizerunku Czarnej Madonny. Powstała zatem silna grupa, która 1 sierpnia roku pańskiego 1994 wyruszyła w trasę. Dwanaście dni marszu minęło jak mgnienie oka. Czas szybko płynął na wspólnej modlitwie, śpiewie, poznawaniu siebie nawzajem, trwaniu we wspólnocie, przeżywaniu wielu radości, oraz poznawaniu nowych ludzi i świadectw ich życia. Dzielni pielgrzymi spali, w każdych możliwych warunkach i z niejednego pieca jedząc chleb (no czasem bułki i smaczne placki). Czas upływał twórczo za wyjątkiem wielu sytuacji, kiedy robiło się kawały, które nie przystoją poważnym rycerzom, odbywającym tak daleką i odpowiedzialną wędrówkę. Natomiast cały dobytek tych dzielnych ludzi wiózł wspaniały, pięknie zdobiony wóz drabiniasty, o napędzie białego rączego rumaka. Bezpieczeństwa strzegły tajne służby. Nad rozgrzanymi głowami i znakomicie wyhodowanymi pęcherzami czuwała grupa medyków, niekoniecznie dyplomowanych. Za to na nerwach grała wyśmienicie skomponowana grupa muzyków (z pewnością nie disco polo). W trakcie wędrówki dołączały się do nas wędrowcy z innych grodów i osad. Urośliśmy w kilkuset osobową grupę mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. W ostatnim dniu marszu, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża jasnogórskiego sanktuarium, wszyscy pielgrzymi padli na kolana. Pokonanie ostatniego odcinka nie stwarzało problemu, gdyż wszystkim urosły skrzydełka. Ze śpiewem na ustach dotarli nasi pielgrzymi do kaplicy z cudownym obrazem. Wrażenie było piorunujące, dosłownie niektórych zwaliło z nóg (oj, niektórzy się wtedy nanosili). Centrum upragnionego spotkania z Matką Bożą była uroczysta Msza św. Tak wyglądały początki świebodzińskiego pielgrzymowania GRUPY ZŁOTEJ na Jasną Górę. Dodać należy, że z roku na rok grupa rosła. Pielgrzymka stała się tradycją, choć za każdym razem na nowo przeżywaną. Przemysław Włodarczyk