04/04/2026
John Updike, 7 ZWROTEK NA WIELKANOC, 1960
Niech łudźmy się: jeśli ON naprawdę powstał,
To było Jego ciało -
Jeśli obumarłe komórki znów nie ożyły, molekuły ponownie się nie połączyły,
Aminokwasy nie rozbłysły na nowo,
Kościół nie ma racji bytu.
To nie tak jak z kwiatem,
który każdą wczesną wiosną powraca;
To nie tylko Duch Jego na ustach i w oczach łzawych
Apostołów jedenastu;
To było Jego ciało; jak nasze.
To były te same palce u rąk i stóp
To samo zastawkowe serce
Które – przebite – umarło, zwiędło, spauzowało, a potem złożone ponownie
Nieustanną Mocą zostało
Aby nową siłę zawrzeć w sobie.
Nie drwijmy z Boga metaforą,
Analogią, wymijającą transcendencją,
Czyniąc ze zdarzenia przypowieść, znak namalowany w blaknącej
Naiwności zeszłych wieków:
Przejdźmy przez drzwi.
Kamień jest odsunięty, nie z masy papierowej,
Nie tylko z opowieści kamień,
Ale ta ogromna skała materialności która w powolnym zacieraniu się
Czasu przysłoni każdego z nas
Szerokim pasmem dziennego światła.
I jeśli już stawiamy anioła przy grobie,
To uczyńmy go prawdziwym aniołem,
Nośnym w kwanty Maxa Plancka, ze skrzącymi się włosami, niewidocznymi
W świetle poranka, przyodzianego w realny len
Utkany na krośnie które zniszczało.
Nie starajmy się uczynić tego mniej przerażającym,
Dla własnej wygody, własnego poczucia piękna,
Abyśmy, przebudzeni w tej jednej nie do wyobrażenia godzinie, nie zostali zawstydzeni
Cudem
I przytłoczeni wyrzutami sumienia.
______________________________________________
A tu oryginał:
John Updike, “Seven Stanzas at Easter” (1960)
Make no mistake: if he rose at all
It was as His body;
If the cell’s dissolution did not reverse, the molecule reknit,
The amino acids rekindle,
The Church will fall.
It was not as the flowers,
Each soft spring recurrent;
It was not as His Spirit in the mouths and fuddled eyes of the
Eleven apostles;
It was as His flesh; ours.
The same hinged thumbs and toes
The same valved heart
That—pierced—died, withered, paused, and then regathered
Out of enduring Might
New strength to enclose.
Let us not mock God with metaphor,
Analogy, sidestepping, transcendence,
Making of the event a parable, a sign painted in the faded
Credulity of earlier ages:
Let us walk through the door.
The stone is rolled back, not papier-mache,
Not a stone in a story,
But the vast rock of materiality that in the slow grinding of
Time will eclipse for each of us
The wide light of day.
And if we have an angel at the tomb,
Make it a real angel,
Weighty with Max Planck’s quanta, vivid with hair, opaque in
The dawn light, robed in real linen
Spun on a definite loom.
Let us not seek to make it less monstrous,
For our own convenience, our own sense of beauty,
Lest, awakened in one unthinkable hour, we are embarrassed
By the miracle,
And crushed by remonstrance.