19/06/2025
Bardzo piękna historia młodego człowieka 😀😇♥️🙏
Dzisiaj rocznica śmierci zmarłego w opinii świętości nastolatka z Rzymu - Davide Buggi (1999-2017).
Davide Buggi przyszedł na świat 6 listopada 1999 roku w Rzymie, w rodzinie głęboko zakorzenionej w wierze – jego rodzice, Diana i Marco, oboje pielęgniarze, zatroszczyli się o to, by już od najmłodszych lat otoczyć go atmosferą modlitwy, uczciwości i codziennego uczestnictwa we Mszy Świętej . Był pierwszym z trójki dzieci — był pogodny, ciekawski i pełen życia. Od wczesnej młodości ujawniał naturalną inteligencję, zacięcie do pytań i jasne poczucie wartości. Uwielbiał sport, szczególnie grę w hokeja podwodnego – trenował i doceniano go do tego stopnia, że został powołany do włoskiej reprezentacji młodzieżowej .
W pewnym okresie życia zaczął odczuwać wewnętrzne rozdarcie. Jak wielu młodych ludzi, przeżywał moment duchowego znużenia, odsunął się od sakramentów, od modlitwy. Z pozoru szedł zwyczajną drogą młodzieńczego dystansu wobec wiary. Ale coś w nim krzyczało — nie zadowalał się powierzchownością. Pewnego dnia otworzył Biblię. Trafił na Księgę Judyty, a jego wzrok zatrzymał się na słowach, które przyjął jako osobiste wezwanie: zostać przy Bogu, być wiernym, wytrwać. To był moment łaski, milczącego przełomu, który dopiero później miał zaowocować pełnym oddaniem.
W wieku 16 lat zaczęły się pierwsze objawy choroby. Ból w nodze, początkowo lekceważony, potem rezonans, badania, rosnący niepokój. Diagnoza spadła jak grom: osteosarcoma, złośliwy nowotwór kości, już w zaawansowanym stadium. Nie tylko noga — płuca również zostały zaatakowane. Dla chłopca, który dopiero co wkraczał w życie, była to wieść zdolna zmiażdżyć wszelką nadzieję. Na początku reagował jak każdy: strachem, buntem, pytaniem o sens. Wypowiadał gorzkie zdania: „Po co się modlić, skoro Bóg i tak nie robi tego, czego proszę?”. Ale jego serce nie pozostało zamknięte.
Pewnej nocy, w szpitalu, wziął do ręki różaniec. Zaczął się modlić — nie z obowiązku, ale z głębi duszy. I w tej cichej walce, kiedy wszyscy spali, a on leżał w bólu, przyszła radość. Niespodziewana, jak strumień światła. Płakał przez pół godziny. Sam potem wspominał, że nie potrafił tego wyjaśnić inaczej, niż jako działanie Ducha Świętego. Od tamtej chwili wszystko się zmieniło.
Oddał Bogu swoją chorobę. Nie modlił się już o cud uzdrowienia, lecz o siłę, by nie stracić pokoju. Powiedział Bogu: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Zaczął uczestniczyć codziennie we Mszy Świętej, przystępował do Komunii, spowiadał się, wchodził w głębię modlitwy. A przy tym — nie odizolował się. Był nadal obecny dla przyjaciół, żartował, rozmawiał, modlił się za innych. Zaskakiwał pogodą ducha. Mówił, że ofiaruje swoje cierpienie za młodych, którzy się pogubili — uzależnionych, poranionych, tych, którzy nie wierzą, że są kochani.
Gdy choroba postępowała, a jego ciało zaczynało się poddawać, on sam stawał się coraz bardziej duchowo przejrzysty. Mimo ogromnego bólu, który w pewnym momencie odebrał mu mowę, prosił, by do jego pokoju przyprowadzano rówieśników. Chciał, by rozmawiali z księdzem, by skorzystali z sakramentów. Kiedy wychodzili, sam modlił się za każdego z nich, po kolei. Ostatnie godziny jego życia były misją — duchową służbą na granicy życia i śmierci.
Zmarł 18 czerwca 2017 roku, w uroczystość Bożego Ciała, co wielu jego bliskich odczytało jako znak szczególnej bliskości z Eucharystycznym Chrystusem. Na pogrzeb przyszły tłumy — młodzi, rodziny, kapłani. Atmosfera nie była smutna. Dominowała cisza pełna światła, jakby obecność Boga spoczęła nad tym, co się wydarzyło. Jeden z celebransów powiedział wtedy: „Oddał swoje życie za zbawienie dusz”. To nie była retoryka, ale rzeczywistość wyczuwalna sercem.
Davide pozostawił po sobie duchowy testament. W jednym z nagrań, które jeszcze przed śmiercią przesłał wspólnocie, mówił: „To był najpiękniejszy rok mojego życia”. Człowiek śmiertelnie chory, który wypowiada takie słowa, to świadectwo, którego nie sposób zignorować. Jego zdanie: „Jeśli ja mogę być szczęśliwy, to dlaczego ty nie możesz?” – pozostało jak echo. Dziś powtarzają je młodzi, którzy dzięki jego historii wrócili do sakramentów, pojednali się z rodziną, odnaleźli sens.