09/05/2021
💞
https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=4498513466829597&id=1051043068243338
"Cześć, jestem Laura 🙂
Kiedy się urodziłam miałam nie widzieć, nie słyszeć, lekarze straszyli wadą serca i jeszcze kilkoma niespodziankami, dzięki którym rodzice każdego dnia dostawali „zawał serca” 😉
Mama była zmartwiona, ale też uparta. Cały czas, kiedy byłam u niej pod sercem modliła się do Pana Boga przez wstawiennictwo św. Ojca Pio. Czuła w sercu, że coś będzie nie tak, że czeka mnie kilka schodów ku zdrowiu, ale zawierzyła przez ręce Maryi i św. Ojca Pio moje zdrówko.
Urodziłam się 23 września, w dzień wspomnienia św. Ojca Pio. Wiem, że to nie przypadek. 🙂
Dostałam 9 punktów i w sumie byłam podobno najsłodszym dzieckiem świata (każdy rodzic tak mówi) 😉 ! Dostałam w prezencie jedynie rozszczep podniebienia i ust.
Podobno cudownie głośno płakałam. Zapewne chciałam pokazać rodzicom od początku, że będzie dobrze!
Kilka dni po moich narodzinach w nasze okolice przyjechały relikwie św. Dominika Savio. Tata od razu wsiadł w samochód i prawie całą noc modlił się żebym przybierała na wadze i dawała w nocy trochę pospać 😉
Wrócił z jakimś dziwnym skrawkiem materiału w ręce... tak zmęczony, że nawet nie wiedział co przywiózł. Dopiero w Internecie mama przeczytała, że ubranko to szkaplerzyk od Matki Bożej i św. Dominika. Chroni malutkie dzieci i mamy. Taki prezent z nieba, że i Mama Maryja o mnie nie zapomniała. A tak na marginesie Wam powiem, że św Dominik jest biedny, bo przed każdą moją operacją, a miałam już cztery… przytulam ten szkaplerzyk i proszę, żeby chwycił w moim imieniu Mamę Maryję i pomodlił się za mnie… wiecie… żebym otwarła oczy po narkozie i złapała oddech po intubacji. Taki pooperacyjny standard. 🙂
Tak sobie rosłam, słyszałam choć miałam nie słyszeć, widziałam (słabo, ale jednak). Rosłam sobie mądrzejsza niż statystyki pokazywały w poradnikach dla rodziców, że tak skromnie powiem 😉
Od przedszkola recytowałam wiersze i śpiewałam piosenki. Ku zdumieniu logopedów i lekarzy miałam niezłą dykcję i generalnie nie musiałam wykonywać tych dziwnych ćwiczeń typu wiecie... dmuchanie baniek mydlanych itd…
W wieku pięciu lat zaczęłam mieć nerwowe tiki i… przestałam mówić poprawnie. Jąkałam się tak, że nawet rodzice nie rozumieli co chcę do nich powiedzieć. Za każdym razem, kiedy próbowałam coś opowiedzieć, wychodziły z tego skrawki słów… Płakałam razem z mamą i tatą...
Kilka miesięcy poradni, neurologów… Nic… Pustka… Nikt nic nie wiedział…, nie umiał pomóc…
Czekałam za tomografem głowy... Mama mi tego nie powiedziała, ale ja wiedziałam, że podejrzewają nawet coś bardzo niedobrego. Czułam ten strach w każdym zakątku domu i w każdym spojrzeniu bliskich.
Którejś nocy mama uklękła przy moim łóżku, szepnęła tylko, że mam spać… Ona tylko się pomodli. Wiem, że modliła się bardzo długo, chyba do rana. Znów była uparta. 🙂
Mówiła Mamie Maryi, że jestem jej dzieckiem i jak Mama, która potrafi przekonać każde ze swoich dzieci do dobrych uczynków prosi, aby przekonała Pana Jezusa o uzdrowienie. Wiem, że wylała tonę łez., ale rano były to łzy szczęścia.
Powiedziałam jej, że chcę kakao na śniadanie. Po czym jak nigdy nic… opowiedziałam jej co będę robić i że jestem głodna, i że ma już nie płakać, bo przecież już wszystko dobrze.
A ona nie mogła przestać… To ja też zaczęłam płakać i tak sobie płakałyśmy razem.
A potem, za kilka dni przyjechał z pracy tata i odwołaliśmy tomograf i neurologów i innych ważnych lekarzy… A ja po dwóch miesiącach wróciłam do przedszkola, mówiłam wierszyk na zakończenie i nie miałam już żadnych tików.
Mama Maryja jest w Niebie, ale ja wiem i rodzice też, że to Niebo wcale nie jest tak daleko, bo jak się szepnie w modlitwie to słychać. Nie wiem jak to działa, ale to najszybsze wifi świata!
Dziękowaliśmy Bogu za dar, ale też czuliśmy, że czas żyć znów „normalnie”, wrócić do obowiązków i nie martwić się już tak bardzo. Pan Bóg chce od nas tylko ufności i oddania mu wszystkich naszych trosk.
I tak sobie rosłam. Byłam już w 3 klasie, kiedy pojechałam do Lichenia.
Byliśmy nad jeziorem powidzkim i w drodze powrotnej rodzice postanowili wjechać na Mszę Świętą.
Byłam już zmęczona. Pomyślałam sobie ok, jak tylko na Mszę to spoko. Ale w upale 40 stopni w cieniu zachciało im się spacerować po Licheńskiej Golgocie i w momencie kiedy jeszcze padł pomysł pójścia kolejnego kilometra po jakąś wodę do źródełka to się nieźle zdenerwowałam.
Pokazałam dość konkretnie, że wodę mają w plecaku jak spragnieni, ale upartość mojej mamy ukazała się po raz trzeci.
Po raz dziesiąty zapytałam czym ta woda się różni od tej z plecaka i po raz kolejny dostałam odpowiedź, że niczym.
Stanęłam tak zła jak nigdy i powiedziałam, że ja nie idę. A dziesięciolatka potrafi już ostro po polsku, a ja po łasce otrzymania daru płynnej mowy, bez zająknięcia potrafiłam mówić już i po „łacinie”... Oczywiście głośno i zazwyczaj w nerwach.
W końcu mama starając się mnie wyjątkowo zmusić tym razem do milczenia ( bo spojrzenia pielgrzymów nie były już sympatyczne 😉 …), wyjaśniła mi przez zaciśnięte ze złości zęby, że ta woda to uświęcona przez Boga, bo niedaleko były objawienia i że ta woda leczy itd. Itd.
Nie dawałam za wygraną…
- Co leczy? Nadal spod byka zapytałam...
- No na przykład oczy chore leczy, jeśli sercem będziesz przy Mamie Maryi i obmyjesz te oczy.
- To teraz mi to mówisz? Wierzcie mi…, nosząc przez 8 lat ciężkie okulary o rozmiarze 7 i 8 dioptrii w upale 40 stopni, to ta odpowiedź padła zdecydowanie za późno!!!
Zła jak coś, wyprzedziłam rodziców i w sumie to chyba wykąpałam się w tej lodowatej wodzie, bo pamiętam, że miałam mokrą bluzkę i wszystko. Powiedziałam: „Mamo Maryjo, ja już mam dość tych okularów ciężkich, latem w nich gorąco, zimą parują, bez nich nic nie widzę, nawet do kina na 3D ciężko iść. I już jestem zmęczona to jakbyś mogła poprosić Pana Boga o zdrowe oczy to super!”
Kiedy stałam tak cała mokra i zobaczyłam „troszkę” zdenerwowanych rodziców to od razu zgodziłam się jechać wszędzie, nawet do tego lasku zamiast do Mc Donalda.
Po drodze nie zakładałam już okularów, bo w sumie chciało mi się spać.
Ale po przyjeździe do domu też mi nie były potrzebne.
I po kilku dniach też… Czasami zakładałam je, żeby mieć święty spokój, bo mama strasznie namawiała, że nieważne, że gorąco, że niewygodne, mam nosić i już.
Ale po miesiącu stwierdziła ( ja nie wiem, chyba wszystkie mamy tak mają), że się pogorszył wzrok i muszę szybciej jechać do okulisty, bo zaraz szkoła itd.
Jedno badanie, atropina, badanie, 3 dni atropiny, znów badanie... Pani doktor stwierdziła, że oczy mają odpocząć i mamy przyjechać na powtórkę po dwóch tygodniach. Nic więcej nie chciała powiedzieć.
Na szczęście nie kazała mi już zakładać tych rozmazanych okularów.
Po dwóch tygodniach i dłuuugich badaniach mama dostała do ręki receptę na nowe okularki.
0,75 jedno oko i 0,5 drugie oko.
Mama w ciszy długo oglądała tę kartkę, a Pani Doktor stwierdziła, że oczy bardzo się poprawiły, w sumie to jest też sama w szoku, bo tak mocna wada mija stopniowo z wiekiem, a nie tak z dnia na dzień. Ale, że może wymodliłyśmy. Poklepała mamę po plecach i kazała wykupić receptę na okulary.
Mama zapomniała torebki i... mnie 🙂
Wybiegłam za nią i dopiero na dworze widziałam, że zdarzyło się coś więcej.
Mama przytuliła mnie mocno i pojechałyśmy na lody.
Nie byłam zdziwiona tymi okularami. Wiedziałam, że Mama Maryja mi pomoże. Przecież wiem, że Niebo jest blisko. Ale moja mama nie wierzyła chyba nadal, mimo drugiej kawy .
- „Według Twojej wiary będzie Ci dane”, „Jeśli nie staniecie się jako dzieci”... Te słowa mama mi powiedziała pamiętam, a ja nie wiedziałam za bardzo o co jej chodzi, ale nie pozwoliłam jej pić już tej trzeciej kawy.
Teraz, kiedy jestem już dwa lata starsza wiem, że mamie chodziło o to, że ja uwierzyłam tak szczerze, jak tylko dziecko może uwierzyć. Nie tak po dorosłemu.
Potem długo czułam obecność Mamy Maryi, tak jakby chciała sprawdzić jak mi się patrzy bez tych okularów. Bardzo lubię z mamą odmawiać Różaniec, a kiedy odmawiała Nowennę Pompejańską w intencji mojej czwartej pomyślnej operacji to byłam najspokojniejsza z wszystkich dzieciaków na oddziale. 🙂
Jestem szczęściarą, bo mam fajną rodzinę tutaj i w Niebie.
Nie zawsze umiem się modlić, nie zawsze mam dużo cierpliwości, po każdej operacji zawsze mnie coś boli... A to biodro, kiedy miałam przeszczep kostki z biodra do dziąsła, a to nos, kiedy miałam ustawianą przegrodę… Ale co tam… To są cierpienia, które mijają i dają mi znak, że mam już kolejny etap za sobą. Wierzę, że Pan Bóg daje mi odwagę i spokój. Proszę Go, żeby ręce lekarzy pracowały sprawnie, żebym mogła wrócić do szkoły. Pan Bóg pokazuje mi, że jestem silna i że radzę sobie ze słabościami. A kiedy już tak bardzo mi smutno, rozmawiam sobie „szeptem, bo to najlepsze wifi do Nieba” z moim przyjacielem Dominikiem Savio kiedy jadę do lekarza, z Laurą Vicunią, kiedy mam „babskie sprawy”, z Ojcem Pio, bo wiem, że od poczęcia mnie kocha, z Faustynką, kiedy jest burza, bo ona też jej się bała strasznie i zawsze odganiała ją Koronką do Pana Jezusa, z Antkiem jak coś zgubię albo z Frankiem jak mi pies zachoruje. Ale najbardziej lubię porozmawiać z Mamą Maryją. Bo z Mamą najlepiej. Kocham Jezusa, bo wiem że nikt nie kocha tak jak On. Na pewno będę błądzić w życiu, ale mama ( ta na ziemi ) modli się zawsze o moje zdrowie. Zawsze mówi – daj jej jakąś ważną misję w życiu, zabierz wiele jeśli będzie trzeba, ale po matczynemu proszę, zostaw zdrowie.
Napisałam to świadectwo, żebyście wiedzieli, że oprócz waszej rodziny tutaj, jest jeszcze rodzina w Niebie. Trzeba tylko zapukać, czasami nawet mocno, ale warto.
Każdego dnia proszę też o pokorę, bo podobno w niebie są wszystkie grzechy, ale nie ma pychy, a w piekle są wszystkie dobre uczynki, ale nie ma pokory.
Włączcie czasami swoje wifi do Nieba. Wystarczy zamknąć oczy i porozmawiać jak z Bogiem - Tatą, jak z Maryją - Mamą, jak z Aniołem - przyjacielem… i wtedy nigdy, ale to przenigdy nie będziecie sami…
Dzięki Bogu, Synowi i Duchowi Świętemu.
Amen
Laura"
Piękne świadectwo przekazane przez Mamę Laury.
Warto zawierzyć Maryi!