20/02/2026
Jak wyglądało nasze pielgrzymowanie po Maroku w Środę Popielcową? Poranek rozpoczął się jak zwykle od śniadania - z przestrzeganiem postu nie mieliśmy problemu, bo na śniadaniu rzadko pojawia się wędlina. Potem jeszcze kawa, krótkie rozmowy przy stołach, ale w powietrzu czuć, że to nie będzie zwykły dzień. Kierunek: południe. Cel: pustynia. Trzeba z dużych walizek wybrać to, co będzie potrzebne przez najbliższe 24 godziny.
Autokar rusza, a krajobraz za oknem powoli zmienia barwy – z zieleni w ochry, z łagodnych wzgórz w surową przestrzeń. To droga na spotkanie z Saharą, która nie spieszy się, by się odsłonić. Najpierw wysyła zwiastunów.
Jednym z nich są… małpki. Postój przy lesie cedrowym przynosi chwilę radości i śmiechu. Makaki, zupełnie nie przejmujące się pielgrzymim charakterem wyprawy i pokutnym charakterem dnia, podchodzą śmiało, jakby chciały przypomnieć, że świat natury ma tu swoje pierwszeństwo. To moment lekki, niemal dziecięcy – potrzebny przed dalszą drogą.
W południe docieramy do Midelt. To tutaj, w cieniu gór Atlasu, znajduje się Opactwo Matki Bożej Atlasu (Notre Dame de l’Atlas). Niewielki klasztor trapistów, przeniesiony z ogarniętej wojną Algierii, jest dziś miejscem modlitwy i pamięci.
Wita nas brat Michał Zioło – polski trapista, którego spokojny głos i uważne spojrzenie natychmiast wprowadzają atmosferę skupienia. Opowiada o swoich współbraciach – męczennikach z Tibhirine w Algierii, którzy w 1996 roku zostali porwani i zamordowani. Ich historia, znana szerzej dzięki filmowi „Ludzie Boga”, w tym miejscu wybrzmiewa szczególnie mocno.
To opowieść nie o heroizmie w świetle reflektorów, lecz o codziennej, cichej wierności. O trwaniu przy ludziach innej wiary, o dialogu silniejszym niż strach.
Brat Michał przywołuje także postać Charles de Foucauld – pustelnika, który wybrał życie pośród Tuaregów, wierząc, że najgłębsze świadectwo daje się nie słowem, lecz obecnością. Jego duch unosi się nad tą pielgrzymką jak niewidzialny przewodnik.
Popiół na głowie, pustynia w sercu
To Środa Popielcowa. W klasztornej kaplicy uczestniczymy we Mszy Świętej z obrzędem posypania głów popiołem. „Prochem jesteś…” – słowa brzmią tu inaczej, mocniej. Za oknami rozciąga się surowy krajobraz, jakby sama ziemia przypominała o kruchości człowieka.
Popiół na głowach pielgrzymów staje się znakiem drogi – nie tylko tej mierzonej kilometrami. Trudno się pożegnać z ojcem Michałem, z racji, że pochodzi z Tarnobrzega sam mówi - " my jak rodzina". Znakiem tego jest choćby to, że podczas Eucharystii używaliśmy naczyń liturgicznych pochodzących z opactwa z Algierii, pięknie zdobionego elementami biżuterii berberyjskiej kielicha i pateny, tych samych, którymi posługiwali się błogosławieni męczennicy. Na drogę też otrzymujemy niezwykły prezent - ojciec Michał podarował księdzu Maciejowi relikwię - fragment habitu ojca Christian de Chergé przeora wspólnoty z Tibhirine. W końcu ruszamy. Autokar mozolnie pokonuje kolejne odcinki asfaltowej wstęgi. Rozmowy cichną. Wysłuchujemy kolejnej konferencji i życiu Świętego Karola, który tak bardzo ukochał Saharę. Uczymy się piosenek ukazujących znaczenie pustyni. Niektórzy drzemią, inni wpatrują się w zmieniający się krajobraz. Góry ustępują miejsca coraz bardziej surowej przestrzeni. Ziemia przybiera kolor rdzy.
Wreszcie – Erfoud. To tutaj kończy się etap „cywilizowany”. W Erfoud przesiadamy się do terenowych jeepów. Zmiana środka transportu jest jak symboliczny próg – dalej prowadzi już tylko piasek.
Kilkadziesiąt minut jazdy i docieramy do Merzouga – bramy do Sahary. Jest już po zachodzie słońca, ale wiemy, że w oddali falują wydmy Erg Chebbi.
Noc zapada szybko. Nad pustynią nie ma półmroku – jest czarne niebo i gwiazdy tak wyraźne, jakby ktoś rozsypał je garścią nad obozem. Zakwaterowanie w obozie na Saharze ma w sobie coś z przygody i czegoś bardzo pierwotnego. Namioty, cisza, wiatr przesypujący drobinki piasku.
Obiadokolacja smakuje inaczej niż zwykle – może to kwestia przestrzeni, może świadomości, że wokół przez setki kilometrów rozciąga się pustka. A może to po prostu głód po długiej drodze. Wypada jednak wytrwać w postnych postanowieniach. Rezygnujemy z zapewnie smacznie przygotowanego tadżina z kurczaka i wołowiny, delektujemy się wegetariańską zupą i kuskusem z warzywami.
Drugi dzień pielgrzymki kończy się w ciszy, która nie jest brakiem dźwięku, lecz obecnością czegoś większego. Pustynia dopiero się zaczyna. Więcej napiszemy w kolejnej relacji.