23/08/2026
Niedzielna rozkmina🤓
Ostatnio miałem przyjemność poznać sporo młodych ludzi, dzięki którym zaczynam odzyskiwać wiarę w ludzkość. I piszę to całkiem serio.
Kiedy z każdej strony docierają do nas kolejne informacje o ludzkiej głupocie, krzywdzie, niekompetencji i konfliktach, bardzo łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że wszystko zmierza w złą stronę. Że za chwilę już naprawdę będzie za późno. Że świat, ludzie, a może nawet Kościół są na równi pochyłej.
Po dzisiejszych czytaniach przyszła mi jednak do głowy trochę inna myśl.
Może jednym z większych problemów wcale nie jest głupota innych ludzi, ale moja własna pycha?
Ta cicha pokusa, która podpowiada mi, że to właśnie ja jestem jednym z ostatnich rozsądnych ludzi na ziemi. Że ja wiem, co należałoby zrobić. Że gdyby inni wreszcie zaczęli myśleć tak jak ja, wszystko wyglądałoby inaczej.
I że właściwie przyszłość świata albo Kościoła zależy ode mnie.
Tymczasem św. Paweł pisze dzisiaj:
„Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!” (Rz 11,33).
A Jezus mówi Piotrowi o swoim Kościele:
„Bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18).
I chyba właśnie tego czasami potrzebuję sobie przypomnieć.
Kościół nie jest mój. Jest Chrystusa.
Nie oznacza to, że mamy usiąść z założonymi rękami, przestać myśleć, działać albo brać odpowiedzialność. Przeciwnie. Mamy robić najlepiej to, do czego jesteśmy powołani.
Ale jest ogromna różnica między odpowiedzialnością a przekonaniem, że wszystko zależy ode mnie.
Bóg naprawdę nie potrzebuje mnie jako swojego doradcy. Nie zaskakuje Go ani ludzka głupota, ani nasze błędy, ani kryzysy, z którymi mierzy się Kościół.
Może więc zamiast bez końca zastanawiać się, co wszyscy wokół robią źle, warto częściej spojrzeć na własne serce.
Gdzie to ja potrzebuję się nawrócić?
Gdzie moja pewność siebie zamienia się w pychę?
Gdzie zamiast ufać Bogu próbuję urządzić świat, Kościół i innych ludzi według własnego pomysłu?
Dzisiejszy psalm mówi: „Pan jest wzniosły, patrzy łaskawie na pokornego, pyszałka zaś dostrzega z daleka” (Ps 138).
Chyba jest w tym dobra wskazówka.
Robić swoje. Być wiernym temu, do czego Bóg mnie zaprasza. Dbać o własne serce. Służyć ludziom.
A jednocześnie pamiętać, że przyszłość Kościoła ostatecznie nie spoczywa w moich rękach.
I całe szczęście.
PSZ