23/05/2026
Homilia na jubileuszu 50-lecia kapłaństwa ks. prał. Floriana Cieniucha
Katedra, 23 maja 2026 roku
Drodzy Bracia i Siostry,
gromadzimy się dziś, aby dziękować Panu Bogu za jubileusz kapłaństwa księdza prałata Floriana Cieniucha. To piękny moment wdzięczności za lata posługi, ale także okazja, by zobaczyć, jak niezwykłymi drogami Pan Bóg prowadzi człowieka.
Liturgia słowa dzisiejszej soboty bardzo mocno wpisuje się w życie i kapłaństwo Jubilata.
W Dziejach Apostolskich słyszeliśmy o świętym Pawle, który przybywa do Rzymu. Choć jest więźniem, choć doświadcza trudności, nie przestaje głosić Ewangelii. Święty Łukasz zapisuje na końcu księgi bardzo piękne zdanie: „Przyjmował wszystkich, którzy do niego przychodzili, głosząc królestwo Boże i nauczając o Panu Jezusie zupełnie swobodnie, bez przeszkód” (Dz 28, 30-31). To zdanie mogłoby stać się również opisem kapłańskiego i misjonarskiego życia księdza Floriana.
Bo jego kapłaństwo było właśnie takim nieustannym wychodzeniem do ludzi i głoszeniem Chrystusa — z odwagą, prostotą i wytrwałością. A przecież ta droga wcale nie zaczęła się od razu na misjach.
Najpierw była zwyczajna praca. Kopalnia „Marcel” na Śląsku. Potem Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego w Bydgoszczy. W młodości bardziej myślał o mundurze marynarza niż o sutannie. Interesował go świat, dalekie kraje, podróże. Czytał o misjach, oglądał misyjne kalendarze, ale jeszcze nie wiedział, że Pan Bóg właśnie przez te pragnienia przygotowuje go do powołania kapłańskiego i misjonarskiego. Wreszcie seminarium duchowne w Gnieźnie. A potem pierwsze parafie: Toruń, Gąsawa, Strzałkowo. I Wenezuela — kraj, który stał się jego drugą ojczyzną. Kiedy wyjechał tam w 1986 roku, - 40 lat temu - trafił do parafii, gdzie od trzech lat nie było księdza. Nie było plebanii, wygód ani przygotowanych warunków. Był pusty dom i hamak pożyczony przez ludzi. Ale właśnie tam rozpoczęła się prawdziwa misyjna przygoda. Ksiądz Florian szybko zrozumiał coś, co doskonale rozumiał także święty Paweł — że Kościół nie może czekać. Trzeba iść do ludzi. Dlatego odwiedzał szkoły, formował katechetów, spotykał się z rodzinami, organizował wspólnoty, szukał tych najbardziej oddalonych.
I tutaj przychodzi mi na myśl opowiadanie, które usłyszałem w czwartek w Poznaniu na kazaniu podczas Mszy św. jubileuszowej generała Towarzystwa Chrystusowego ks. Krzysztofa Olejnika, który pochodzi z Gniezna z parafii św. Bogumiła. Kaznodzieja opowiedział o sytuacji, kiedy Pan Bóg poprosił człowieka, aby wybudował Mu ogromny kościół. Człowiek spojrzał i powiedział: „To niemożliwe”. Wtedy Pan Bóg zwrócił się do mrówki i podał jej jeszcze większe wymiary. A mrówka bez wahania wzięła łopatę i zaczęła pracować. A Pan Bóg wtedy powiedział: oddaj mi łopatę, pozwól, że ja tam zrobię”. Taki właśnie jest ksiądz Florian. Tam, gdzie inni powiedzieliby: „To się nie uda”, on zaczyna działać. Tam, gdzie sytuacja wydaje się beznadziejna, on szuka rozwiązania.
Tam, gdzie człowiek cierpi — on próbuje pomóc. Szczególnie było to widać podczas dramatycznego kryzysu w Wenezueli. Kiedy brakowało żywności, lekarstw, prądu i wody, kiedy ludzie uciekali z kraju, a chorzy zostawali bez pomocy — ksiądz Florian trwał przy swoich wiernych. Organizował pomoc, przypominał światu o cierpieniu tych ludzi i sam był dla nich znakiem nadziei. Ks. Folrian – taka „misyjna mrówka”. I może właśnie wtedy najmocniej realizowały się słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. Piotr pyta Chrystusa o los umiłowanego ucznia, a Jezus odpowiada: „Ty pójdź za Mną”. To bardzo ważne słowa. Jezus nie mówi Piotrowi: porównuj się z innymi. Nie mówi: patrz, co robią inni uczniowie. Mówi tylko jedno: „Ty pójdź za Mną”. Myślę, że całe życie księdza Floriana było właśnie taką odpowiedzią. Najpierw usłyszał Chrystusa w seminarium. Potem w kapłaństwie. A później jeszcze mocniej na misjach. I poszedł — często w nieznane, bez wielkich zabezpieczeń, czasem po ludzku bardzo ubogo, ale z zaufaniem Panu Bogu.
Piękne jest również to, że jego kapłaństwo nie zatrzymuje ludzi na nim samym, ale prowadziło do budowania wspólnoty. Święty Paweł nie ewangelizował sam. Wokół niego byli współpracownicy. I podobnie było przez całe życie Jubilata. Ksiądz Florian potrafił jednoczyć ludzi wokół dobra, zapraszać do współpracy, budzić odpowiedzialność. Każdy ma swoje zadanie do wypełnienia. I mogłem tego osobiście doświadczyć. Kiedy przyjechałem do Wenezueli, zobaczyłem parafię pełną życia: dzieci, młodzież, wspólna modlitwa, spotkania, półkolonie. Można było od razu zobaczyć, że Kościół jest tam naprawdę domem. Pamiętam także sytuację, kiedy zatrzymaliśmy się kiedyś nad morzem na posiłek. Właściciel restauracji okazał się dawnym parafianinem księdza Floriana. Gdy tylko go zobaczył, natychmiast nas ugościł z ogromną serdecznością. Po wielu latach nadal pamiętał swojego księdza. I to jest chyba najpiękniejszy owoc kapłaństwa — serca ludzi, które pamiętają dobro.
Drodzy Bracia i Siostry,
na końcu Ewangelii święty Jan pisze, że „jest jeszcze wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, ale gdyby je szczegółowo opisywać, cały świat nie pomieściłby ksiąg”.
Można powiedzieć, że podobnie jest z każdym prawdziwym kapłaństwem. Nie da się opowiedzieć wszystkich spotkań, rozmów, spowiedzi, Eucharystii, chwil pomocy, cichego dobra i obecności przy drugim człowieku. Najważniejsze rzeczy często pozostają zapisane nie w kronikach, ale w ludzkich sercach. Dlatego dziś przede wszystkim dziękujemy. Za odwagę odpowiedzi na powołanie.
Za misyjne serce. Za lata posługi w Wenezueli. Za człowieka, który nie czekał, aż ludzie sami przyjdą, ale sam do nich wychodził. I prosimy Chrystusa, Dobrego Pasterza, aby nadal prowadził księdza Floriana, obdarzał zdrowiem, pokojem i radością oglądania owoców całego życia. A Maryja, Matka Kapłanów, niech nieustannie otacza Jubilata swoją opieką.
Na koniec świadectwo jednej z wielu osób, które składają dzisiaj w tej katedrze - naszej matce – kościołów naszej diecezji i całej Polski:
„Ksiądz Florian poszedł za Chrystusem — i już od 50 lat idzie Jego drogą, głosząc Dobrą Nowinę, niosąc ludziom radość, nadzieję i wsparcie. Od Torunia, poprzez Gąsawę, Strzałkowo, Wrześnię i Kubę, aż po daleką Wenezuelę. Jestem jednym z wielu dzieci i młodych ludzi, którym ksiądz Florian wskazał Bożą drogę. Zawsze i wszędzie potrafił docierać do ludzkich serc z prawdą wiary. Nie zniechęcały Go bunty młodych, ich humory ani krytyka. Z właściwą sobie pogodą ducha formował nas i prowadził jak prawdziwy, kochający ojciec. Na pieszo do Częstochowy, na rowerach, w słynnej syrence, na boisku podczas gry w piłkę, a nawet na sankach — każdy sposób był dobry, by być razem, wychowywać i prowadzić do Boga. I zawsze czynił to z radością. Ponad 40 lat temu ksiądz Florian wyjechał z Polski, ale w każdej parafii, w której posługiwał, pozostawił trwałe ślady swojego duszpasterstwa. Nie zostawił nas samych. Nadal jest z nami — a my jesteśmy z nim. Połączył Polaków i Wenezuelczyków. Ponad trzydziestu Wenezuelczyków odwiedziło Polskę, poznając przyjaciół i rodzinę księdza Floriana. Również grupy Polaków poleciały do Wenezueli i tam, dzięki niemu, zaprzyjaźniły się z mieszkańcami tego kraju. Do dziś trwają te polsko-wenezuelskie relacje, bo przecież — niezależnie od narodowości — wszyscy jesteśmy uczniami jednego Chrystusa. Dziękuję, księże Florianie, w imieniu własnym, mojej rodziny oraz tysięcy przyjaciół z całej Polski za 50 lat niestrudzonego i niezwykłego kapłaństwa. Jest Ksiądz jednym z najpiękniejszych darów Najświętszego Serca Jezusowego dla nas wszystkich. Szczęść Boże, Księże Florianie!” (Renata). Amen.
Ks. Franciszek Jabłoński