10/05/2017
Salezjanin ks. Łukasz Mastalerz po 13 latach wrócił do Czerwińska nad Wisłą.
Proboszcz i kustosz w jednym.
Wywiad z Ks. Proboszczem Łukaszem Mastalerzem z Czerwińska nad Wisłą. Gazeta lokalna "Płońszczak" nr 115 (1143) - 26 kwietnia 2017
Zanim został duchownym, musiał przejść dziewięcioletnią formację, po której dopiero złożył śluby zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Ze zgromadzeniem salezjańskim, w którym jest księdzem, związany był od szkoły średniej. Droga kapłańska ks. Łukasza Mastalerza rozpoczęła się w Czerwińsku nad Wisłą, do którego powrócił po 13 latach jako proboszcz parafii i kustosz sanktuarium. Kocha Boga i pracę z młodzieżą, z której słynie jego zakon.
Rodzinne powołanie
Łukasz Mastalerz, który proboszczem czerwińskiej parafii jest od niedawna, bo objął ją w 2015 r., urodził się 10 grudnia 1976 r. w Łodzi jak pierwsze z pięciorga dzieci Pawła i Zofii Mastalerz. Ma siostrę i trzech braci. Dwóch z nich obrało tak jak on - drogę kapłańską. Młodsi bracia, podobnie jak ks. Łukasz, również wybrali życie zakonne u salezjanów. Brat Szymon jest już księdzem i pracuje w Ełku, drugi natomiast dopiero jest na etapie seminarium, ale Olek już chodzi w stroju kapłańskim.
Łukasz Mastalerz szkołę podstawową skończył w Łodzi. Jako uczeń marzył, by swoje życie związać z ogrodnictwem, myślał nawet, żeby kształcić się w tym kierunku. Jednak w szkole średniej marzenia o ogrodnictwie przysłoniła geografia, która w podstawówce w ogóle go nie interesowała. Jego ulubionymi przedmiotami było wychowanie fizyczne, wiedza o społeczeństwie, matematyka i historia. Jak sam przyznaje po latach największy problem w szkole podstawowej miał z ortografią.
- Jakoś w podstawówce udawało mi się kończyć kolejne klasy, a szkołę zakończyłem ze świadectwem z czerwonym paskiem - wspomina proboszcz. Dodaje ze śmiechem, że był to czerwony pasek na świadectwie.
W domu rodzinnym miewał „wojny” z rodzeństwem jak to bywa w rodzinie wielodzietnej.
- Różne historie się zdarzały, jakieś wojny bywały, ale najbardziej utkwiły mi te, które prowadziliśmy w drugi dzień świąt wielkanocnych czyli w śmigus-dyngus. Wszystko płynęło, bo była ostra walka i niezła frajda, mimo że mieliśmy dużo sprzątania - opowiada.
Przy wspomnieniach o domu rodzinnym ks. Łukasz trochę wpada w zadumę i widać, że w czasie rozmowy jakby myślami przeniósł się do rodzinnej Łodzi. Z dzieciństwa i domu rodzinnego bardzo miło wspomina nie tylko zabawy z rodzeństwem. Dzięki temu, że było ich dużo, w domu zawsze panowała radość i harmider.
- Pamiętam na pewno trud i wysiłek rodziców, zwłaszcza mamy, która musiała jakoś nas ogarnąć. Wiadomo, że jak jest czterech chłopaków, to są psoty i bałagan - wspomina ks. Łukasz. - Co prawda te odległości wiekowe, że tak powiem między nami, są też ciekawe i śmialiśmy się, że rodzice z każdym kolejnym dzieckiem zastanawiali się rok dłużej - śmieje się proboszcz. - Między mną a bratem są 2 lata różnicy, między bratem a siostrą 3, między siostrą a kolejnym bratem 4 lata, a między najmłodszymi braćmi aż 5 lat różnicy - mówi duchowny.
Dom rodzinny księdza wypełniony był modlitwą i wartościami, które miały wpływ na to, że trzech synów postanowiło służyć Bogu i ludziom w kapłaństwie i zgromadzeniu salezjanów.
- Oprócz bójek i gwaru pamiętam wspólną modlitwę, do której rodzice przykładali wielką wagę - wspomina. - Była to modlitwa związana z pacierzem, do którego klękaliśmy wspólnie, ale mieliśmy też czas na modlitwę indywidualną, każdy modlił się we własnych intencjach - dodaje. - Widziałem, że dla rodziców Pan Bóg jest ważny i to swoim życiem nam udowadniali.
Z salezjanami od lat
Jak duchowny przyznaje po latach - do kościoła nigdy nie trzeba było młodych Mastalerzy gonić, ponieważ byli zaangażowani w życie religijne. Łukasz od szkoły podstawowej był ministrantem, z czym wiązały się liczne obowiązki w kościele oraz spotkania. Przez zaangażowanie w służbę liturgiczną już w podstawówce ludzie mówili, że zostanie księdzem, ale wtedy on się buntował i mówił, że nigdy nim nie zostanie. Wtedy nawet do głowy mu nie przyszło, by wstąpić do zakonu czy seminarium. Jego myśli skupione były na kontynuacji nauki w technikum ogrodniczym. I jeszcze na początku ósmej klasy planował złożyć papiery do technikum, by rozwijać swoje pasje ogrodnicze. Gdy nadszedł czas wyboru szkoły średniej dowiedział się, że salezjanie otwierają liceum ogólnokształcące przy ulicy Wodnej w Łodzi. Przez lekcje katechezy, które odbywały się przy parafii prowadzonej przez salezjan znał ich charyzmat i pracę z młodzieżą, postanowił więc porzucić wcześniejsze plany i złożyć papiery do tworzonego przez duchownych liceum.
- Złożyłem papiery do szkoły salezjańskiej, napisałem egzaminy wstępne i zostałem przyjęty - opowiada. - Była to szkoła koedukacyjna i w klasie były też dziewczyny. Gdy Łukasz rozpoczynał naukę w szkole katolickiej były to jej początki, więc i uczniów było mało, w całej szkole stworzono trzy klasy. - Taki bardzo kameralny wymiar miała wtedy szkoła, bo wszystko się tworzyło, od uczniów po nauczycieli - mówi kapłan. Przez to, że byli pierwszym rocznikiem, mieli trochę luzu, który skończył się z kolejnym rokiem nauki, kiedy to do szkoły zaczęło uczęszczać więcej uczniów.
- Jak szkoła się powiększała, to zaczęły się kwestie mundurków i pamiętam, że do samego końca z nimi walczyliśmy. Gdyby mundurki były od początku nauki, byłoby zupełnie inaczej, ale jak coś zostało wprowadzone w trakcie, to było ciężkie do przyjęcia. Inna rzecz to, że te mundurki nie były jakoś „najszczęśliwsze” - śmieje się. - Kiedyś na znak protestu wszyscy uciekliśmy ze szkoły w pierwszy dzień wiosny, no i na drugi dzień ksiądz dyrektor powiedział, że wszyscy, którzy opuścili szkołę bez jego zgody i wiedzy, muszą od nowa napisać podanie o przyjęcie do placówki. Od nowa były one rozpatrywane przez dyrekcję - wspomina.
Mimo że szkoła, do której chodził młody Łukasz była szkołą katolicką, to nie uczyli w niej księża. Większość nauczycieli była świecka. Duchownym był natomiast dyrektor, który teraz przebywa w czerwińskiej wspólnocie salezjańskiej.
W szkole średniej - jak wspomina po latach proboszcz - bywało ciężko, ale głównie za sprawą pani od matematyki. Była bardzo wymagająca, bo była nauczycielem akademickim i nigdy wcześniej nie uczyła w szkole średniej.
- Jak się zderzyliśmy po szkole podstawowej z tak rasową wykładowczynią dla studentów, to nie wiedzieliśmy co się dzieje na lekcji - śmieje się.
Mimo początkowych problemów z matematyczką naukę w liceum ks. Mastalerz wspomina jako jedne z najpiękniejszych lat, które w edukacji dane mu było przeżyć.
Zapytany o sympatie odpowiada, że były jak u większości chłopaków w tym wieku. - Były sympatie i to jest normalne - odpowiada. - Jak ktoś się mnie pyta, czy podobały mi się dziewczyny, to ja zawsze odpowiadam, że z tym miałem problem, bo za dużo dziewczyn mi się podobało - dodaje ze śmiechem. - Wiadomo, że jest to kwestia gustu, ale generalnie jestem „normalnym mężczyzną” i nadal mi się podobają kobiety - tłumaczy.
Jak sam przyznał w czasie rozmowy poważniejsze patrzenie w kierunku dziewczyn było w szkole średniej, a że klasa księdza Łukasza składała się w połowie z dziewczyn, to nie sposób było uniknąć kontaktu z nimi.
Urzędowe historie
Co ciekawe, lekcje w salezjańskim liceum uczniowie rozpoczynali nie od modlitwy, ale od słówka na dzień dobry, które księża zaczerpnęli od swojego założyciela św. Jana Bosko.
- Słówko na dzień dobry jest takim elementem religijnym, gdzie przekazywane są treści religijne połączone z modlitwą oraz ważnymi informacjami - tłumaczy duchowny. - Zwyczaj ten jest do dzisiaj w naszych szkołach - podkreśla.
Po kilkuletniej nauce przyszedł czas na najważniejszy egzamin w życiu młodych ludzi, który Łukasz Mastalerz zdał dobrze. Zanim jednak zasiedli do matury młodzi uczniowie przeżyli bal studniówkowy, który odbył się w szkolnej sali gimnastycznej.
Jak to było w zwyczaju uczniowie sami przygotowali wystrój sali oraz szkoły. Mimo że była to katolicka placówka akcent balu był taki sam jak w szkołach świeckich. Jak wspomina ksiądz Mastalerz, był polonez, skecze i wszystko to, co odbywa się w czasie takich zabaw.
Bal maturalny i matura były krokiem w dorosłość i momentem decyzji co do dalszych losów. Proboszcz czerwińskiej parafii z dorosłością ma też ciekawą historię, pamięta przygodę, jaką miał, gdy poszedł odebrać swój dowód osobisty. A wszystko to było przez imiona taty.
- Przez całe życie wszyscy na niego mówili Paweł, a oficjalnie w dokumentach ma zapisane Tadeusz. Przyczynił się do tego dziadek, który gdy szedł zarejestrować syna do urzędu stanu cywilnego, z radości pozamieniał imiona. Na chrzcie zatem tata otrzymał imię Paweł, a w urzędzie Tadeusz. I jak szedłem odebrać swój dowód, pani w urzędzie zapytała czy Łukasz Mastalerz, odpowiedziałem, że tak. Pani pyta czyim jestem synem, więc odpowiedziałem, że Pawła i Zofii, a ta pani mówi, że nie ma takiego. Zdziwiłem się i mówię, że jak to nie ma takiego jak dostałem wezwanie po odbiór dowodu. A ona dalej, że nie ma takiego, jest Łukasz Mastalerz, ale nie syn Pawła. Więc ja tak myślę i wtedy mi się przypomniało jak tato opowiadał swoją historię i powiedziałem do pani, żeby sprawdziła syna Tadeusza i okazało się że syn Tadeusza był. Wtedy wyszło, że nie znam imienia swojego taty - śmieje się proboszcz.
Jednak zakon
Myśl o tym, by zostać księdzem zrodziła się w Łukaszu Mastalerzu właśnie w klasie maturalnej. Przez lata nauki w szkole średniej myślał, że pójdzie na ulubioną geografię i będzie w tym kierunku się kształcił, ale Bóg miał względem niego inne plany. Pan Bóg tak zaprzątnął głowę maturzysty, że zamiast o geografii coraz częściej myślał o służbie Bogu, Kościołowi i ludziom jako ksiądz w zgromadzeniu salezjanów. Nie chciał iść do seminarium diecezjalnego, ale do zakonnego i tylko do salezjanów. Dlaczego?
- Wybrałem salezjanów, a nie seminarium diecezjalne, bo od najmłodszych lat wyrastałem w środowisku księży właśnie z tego zgromadzenia - opowiada proboszcz i przełożony czerwińskiej wspólnoty.
Jak sam przyznaje po latach, w łódzkiej parafii trafił na fajnych księży, z którymi bardzo często rozmawiał o życiu i swojej dalszej przyszłości. Księża nie namawiali go do wstąpienia w ich szeregi. Maturzysta zdradzał im swoje plany o wstąpieniu do zgromadzenia, ale księża pozostawili mu wolność wyboru, którą po latach bardzo ceni. Tak samo było z rodzicami. Nie sprzeciwiali się jego woli, ale jak powiedział tacie o swoich planach, że chce złożyć podanie o przyjęcie do nowicjatu, usłyszał, żeby najpierw może spróbował z geografią, a jak mu nie wyjdzie w tym kierunku, to wtedy wybierze nowicjat. Łukasz jednak był nieugięty w swojej decyzji i powiedział tacie, że jeśli teraz nie spróbuje, to już w ogóle nie wstąpi do zakonu. Mama przyszłego księdza natomiast nie komentowała decyzji syna. Była zaskoczona wyborem, ale w pełni go zaakceptowała. Po godzinach spędzonych na modlitwie, rozmowach z księżmi i rodziną Łukasz w czerwcu złożył papiery do salezjanów z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
Po latach duchowny przyznaje, że wpływ na decyzję o drodze życiowej miały nie tylko rozmowy z księżmi, bardzo mu się podobała bezpośredniość zakonników i ich upodobanie prawdy.
- Młodzi ludzie są wyczuleni na prawdę i autentyczność, a to wszystko widziałem w księżach salezjanach - przyznaje dzisiaj salezjanin Mastalerz. - Oni byli bardzo autentyczni w swojej pracy i kontakcie z drugim człowiekiem i to wszystko wpłynęło na moją decyzję, poszedłem do nich, a nie do seminarium diecezjalnego lub innego zgromadzenia. Nie mówię, że księża diecezjalni lub inni zakonnicy tego nie mają, ale u moich współbraci najlepiej to dostrzegałem - opowiada. - Wiedziałem, że czeka mnie dużo więcej lat nauki i formacji, ale wtedy nie patrzyłem na to wszystko z takiej perspektywy, bo miałem całe życie przed sobą. Wiedziałem, że albo tutaj albo nigdzie indziej, tak mi podpowiadał wewnętrzny głos - dodaje.
Długa droga
Po złożeniu podania o przyjęcie do zgromadzenia i zdaniu matury Łukasz musiał odbyć miesięczny prenowicjat. Zaczął go w lipcu, więc wolnych wakacji po maturze nie miał.
Prenowicjat odbył niedaleko rodzinnej Łodzi w Lutomiersku. Do prenowicjatu kandydat na księdza wybrał się tramwajem, bo był przekonany, że nim dojedzie do samego Lutomierska, ale stało się inaczej.
- Sprawdziło się powiedzenie, że kto ma najbliżej, przybywa ostatni - mówi.- I dojechałem tramwajem, ale do Konstantynowa Łódzkiego, bo dalej tramwaj już nie kursował. I dalej musiałem iść „z buta”, więc spóźniłem się trochę do prenowicjatu - wspomina z uśmiechem.
Prenowicjat, który odbywają wszyscy kandydaci na przyszłych salezjan, pozwalał przyjrzeć się życiu, które mają zamiar wybrać. W Lutomiersku młody Mastalerz żył tak jak zakonnik, czyli wykonywał prace zlecone przez przełożonego, modlił się wspólnie z salezjanami i żył ich regułą. Nie tylko kandydaci na księży czy braci obserwowali zgromadzenie, ale sami też byli obserwowani przez przełożonych i przechodzili różne badania, m.in. psychologiczne, które miały zweryfikować, czy dana osoba nadaje się do życia we wspólnocie i nie ukrywa jakichś chorób psychicznych.
- To było takie pierwsze sito weryfikacji przez zgromadzenie - mówi ks. Łukasz.
Życie i tryb zgromadzenia spodobał się Łukaszowi Mastalerzowi i po pierwszej weryfikacji wstąpił do czerwińskiego nowicjatu. Co ciekawe prenowicjat pod Łodzią prowadził ks. Sławomir Goworek, którego w sierpniu 2015 r. ks. Łukasz zastąpił na stanowisku proboszcza w Czerwińsku. Jak opowiada ks. Łukasz - takie sytuacje w ich rodzinie zakonnej to normalne, bo zawsze gdzieś spotykają się księża. I zdarza się, że kiedyś ktoś był przełożonym, a później role się zamieniają i uczeń jest przełożonym swojego dyrektora, jak to było choćby w przypadku ks. Łukasza.
Z nowicjatu ksiądz Mastalerz pamięta szczególne wydarzenia, do których należy założenie zakonnej sutanny (otrzymuje się ją po kilkumiesięcznym pobycie w nowicjacie).
Na obłóczyny zakonne, podobnie jak na obłóczyny księży diecezjalnych, przyjeżdżają najbliżsi, z tym że obłóczyn nie dokonuje biskup, ale przełożony wspólnoty, w przypadku księży salezjan robi to ksiądz inspektor. Obłóczyn Łukasza Mastalerza dokonał inspektor ks. Zbigniew Malinowski.
- Chwili obłóczyn towarzyszyło wzruszenie, zarówno nam, jak i rodzinie, dla której jest to wydarzenie niezwykłe, bo rodzice widzą swoje dziecko po raz pierwszy odmienione - wspomina. Obłóczyny odbyły się podczas mszy.
Kandydaci podchodzili ze złotymi sutannami do przewodniczącego liturgii, który nakładał na nich sutannę, a guziki u niej zapinali pozostali koncelebranci mszy. - A tych guzików było trochę… - śmieje się kapłan.
Gdy tylko proboszcz Mastalerz wspomniał o guzikach przy sutannie, od razu zapytaliśmy, ile ich jest i czy to prawdą, że podobno 33? Ksiądz Łukasz na pytanie zareagował śmiechem, ale odpowiedział, że guzików jest tyle ile potrzeba, a to wszystko w zależności od wzrostu księdza.
- Kiedyś może były faktycznie 33 guziki przy sutannie, które symbolizowały lata życia Chrystusa, ale teraz jak ktoś jest z „metra cięty” to śmiesznie wyglądałby z 33 guzikami przy sutannie - śmieje się ks. Mastalerz i dodaje, że wiadomo, że wyższy będzie miał więcej guzików od niskiego.
W przypadku zakonników sutannę otrzymują od zgromadzenia, a nie tak jak księża diecezjalni - od rodziny. Jak wyjaśnia ks. Łukasz w przypadku zgromadzenia wszystko, co otrzymują, przekazują na dobro wspólne, ale zasada działa też w drugą stronę i jeśli czegoś potrzebują, to otrzymują od zgromadzenia. Tak też było z sutanną, którą dostają kandydaci na księży salezjan.
Po latach wrócił do Czerwińska
Po obłóczynach i rocznym nowicjacie Łukasz Mastalerz złożył pierwsze śluby zakonne, po których skierowano go do postnowicjatu, który trwał 2 lata. Postnowicjat polega na 2-letniej nauce w seminarium z zakresu filozofii i pedagogiki. Dwuletnią naukę w seminarium ks. Łukasz spędził pod rodzinną Łodzią, więc i częściej widywał się z rodziną, do której w czasie czerwińskiego nowicjatu miał daleko.
Jak mówi proboszcz, z nauką w seminarium było podobnie jak w szkole średniej. - W szkole zderzyliśmy się z matematyką, a w seminarium z rzeczywistością filozoficzną, która była trudna dla wielu z nas. Pamiętam, że pierwsza sesja była bardzo ciężka, problem miałem z metafizyką, której nie mogłem obejść. To właśnie z niej oblałem egzamin i zaliczyłem ją dopiero na sesji poprawkowej. To był jedyny egzamin, który oblałem w czasie nauki - przyznaje.
Po 2-letniej nauce filozofii Łukasz Mastalerz odbył 2-letnią asystencję, czyli praktykę wychowawczą i duszpasterską w Sokołowie Podlaskim. Po 2-letniej praktyce Łukasz Mastalerz powrócił na 4-letnie studia teologiczne w krakowskim seminarium, gdzie oprócz przekazywania wiedzy przygotowuje się kandydatów na salezjan do profesji wieczystej i święceń prezbiteriatu.
Po święceniach i ślubach wieczystych ks. Łukasza skierowano do pracy w szkole salezjańskiej w Sokołowie Podlaskim, gdzie wcześniej odbywał 2-letnie praktyki. W Sokołowie spędził 7 lat i pełnił funkcję kierownika internatu męskiego i katechizował w gimnazjum prowadzonym przez zgromadzenie. Oprócz tego przez 3 lata był wychowawcą klasy gimnazjalnej i przez rok pełnił funkcję ekonoma.
- Mówią, że pierwszą placówkę po święceniach najbardziej się wspomina i coś w tym jest. Mam bardzo dobre wspomnienia z tego okresu, choć wiadomo, czasem łatwo nie było jak to w życiu, jednak praca z młodzieżą jest naszym charyzmatem i tu przekonywałem się wielokrotnie, że Bóg dodaje wszystkiego, co jest potrzebne w naszym posłannictwie, jeśli tylko pozostaniesz Mu wierny - mówi proboszcz z Czerwińska.
Praca w szkole nie polegała na odbyciu wyznaczonych godzin zajęć i dyżurów, ale jak mówi ks. Łukasz na obecności pełnej życzliwości, dobra i radości. Taka obecność na 100 procent pochłaniała wszystkie siły młodego kapłana, ale dzięki takiemu zaangażowaniu i współpracującej kadrze wychowawczej wytworzyli w gimnazjum dobry klimat.
- Realizowaliśmy wspólnie wiele inicjatyw jak np. wyjazdy na ŚDM, majówki rowerowe (najdłuższa trwała 11 dni z Sokołowa do Wadowic na beatyfikację Jana Pawła II), piesze pielgrzymki, Cecyliady, rekolekcje wyjazdowe, obozy integracyjne, wyjazdy na narty czy obozy wędrowne w wakacje. Ostatnie 3 lata w Sokołowie to także posługa we wspólnocie neokatechumenalnej. Z początku trochę się opierałem i poszedłem tam z posłuszeństwa. Później okazało się, że ta posługa wiele mi dała. Dlatego kiedy zadzwonił ks. inspektor i zaproponował mi zmianę do Płocka na duszpasterza akademickiego i opiekuna Wieczorów Chwały, choć byłem zupełnie „zielony” w tych sprawach, zgodziłem się, mając w pamięci Izajaszowe „Nie lękaj się, (…) Ja będę z tobą,” i znów się nie zawiodłem - opowiada proboszcz.
Po 4 latach pobytu w Płocku ksiądz Łukasz otrzymał telefon od księdza inspektora z zapytaniem czy podejmie się pracy w Czerwińsku nad Wisłą w charakterze przełożonego wspólnoty i proboszcza czerwińskiej parafii z przepiękną bazyliką i wizerunkiem Matki Bożej Królowej Mazowsza. Jak przyznaje proboszcz powiedział „fiat” (niech się stanie - łac.) mimo swoich wątpliwości.
- Czułem, że jest to wyróżnienie, ale i ogromna odpowiedzialność. Zapytałem, czy nie jestem trochę za młody, miałem przecież wtedy 39 lat, a poza tym jest wielu bardziej doświadczonych współbraci ode mnie, że to ważna placówka itd. Na to ks. inspektor odparł, że będzie mi pomagał - opowiada ks. Mastalerz.
W Czerwińsku ks. Łukasz zarządza nie tylko parafią, ale i domem zakonnym, w którym żyją współbracia. Na pytanie jaka jest różnica między proboszczem a przełożonym ksiądz Łukasz odpowiedział, że obaj powinni być ojcami dla swoich wspólnot z tą różnicą, że przełożony zakonny żyje z braćmi pod jednym dachem, a proboszcz nie.
Kończąc wywiad proboszcz i przełożony czerwińskich salezjan powiedział, że dziękuje Bogu za swoją wspólnotę zakonną.
- Tu wciąż uczę się służyć, bo tu postępuje moje codzienne uświęcenie, pośród moich braci, którzy mi towarzyszą i dopomagają w dochowaniu wierności.
Łukasz Wielechowski
foto: archiwum