Kaplica dominikanów przy Zielonej

Kaplica dominikanów przy Zielonej Strona kaplicy dominikanów przy ul. Zielonej 13 w Łodzi - transmisje liturgii. Dominikańska kaplica bł. Zielonej 13 w Łodzi.

Piotra Jerzego Frassatiego znajduje się w kamienicy przy ul. Eucharystia jest tu odprawiana w niedziele o godz. 12:00, z transmisją na kanale YouTube Dominikanie Łódź.

Zwołajcie Kościół!
26/04/2026

Zwołajcie Kościół!

Czwarta Niedziela Wielkanocna - 26.04.2026 - godz. 12:00

23/04/2026

👋 W najbliższą niedzielę, będącą Światowym Dniem Modlitw o Powołania, będziemy w naszej wspólnocie gościć brata Łukasza, który w Krakowie przygotowuje się do ślubów wieczystych i święceń.

Br. Łukasz będzie kwestować, zbierając pieniądze, które zostaną przeznaczone na pokrycie kosztów utrzymania oraz kształcenia braci w formacji początkowej. Przyjmijmy go serdecznie! 🤗

Zachęcamy też do modlitwy o powołania do naszego Zakonu. Więcej informacji na stronie www.twojbrat.pl

Zapraszamy na comiesięczną modlitwę w intencji osób skrzywdzonych w Kościele. To przestrzeń ciszy, współodczuwania i duc...
22/04/2026

Zapraszamy na comiesięczną modlitwę w intencji osób skrzywdzonych w Kościele. To przestrzeń ciszy, współodczuwania i duchowej solidarności – bez pośpiechu, bez ocen. To otwarte spotkanie modlitewne z adoracją Najświętszego Sakramentu. 🤍

🙏 W kwietniu modlitwie będzie przewodniczył diakon Sebastian Piątkowski.

📍 Kaplica dominikanów przy ul. Zielonej 13 w Łodzi
📅 25.04.26 (sobota)
⏰ 18.00

Nie przychodzimy z gotowymi odpowiedziami. Przychodzimy, żeby powierzyć Bogu to, co trudne, bolesne, często niewypowiedziane. 🤲

💬 Zaproszenie jest otwarte dla wszystkich:
➡️ dla osób skrzywdzonych w Kościele i ich bliskich
➡️ dla osób towarzyszących osobom zranionym
➡️ dla wszystkich, którym bliska jest troska o bezpieczny, odpowiedzialny i wrażliwy Kościół
➡️ dla osób pragnących włączyć się w modlitwę i akt solidarności.

✅ Nie są potrzebne wcześniejsze zapisy ani przygotowanie. Można po prostu przyjść.

☕ Po modlitwie zapraszamy na spotkanie przy herbacie.

Zwołajcie Kościół!
19/04/2026

Zwołajcie Kościół!

Trzecia Niedziela Wielkanocna - 19.04.2026 - godz. 12:00

Zwołajcie Kościół!
12/04/2026

Zwołajcie Kościół!

Łódź zapraszają na transmisję z kaplicy w Łodzi o godz. 12:00

  J 20, 19-31Tomasz nie był pod krzyżem, więc nie widział Ukrzyżowanego i Jego ran. Słysząc o zmartwychwstałym Chrystusi...
12/04/2026

J 20, 19-31

Tomasz nie był pod krzyżem, więc nie widział Ukrzyżowanego i Jego ran. Słysząc o zmartwychwstałym Chrystusie oczekuje więc zobaczenia wcześniej ran. Nie jest niedowiarkiem lecz wątpiącym w tani happy end Zmartwychwstania. W końcu, integralną wiara chrześcijan to wiara w "Baranka zabitego żyjącego na wieki" (Ap). Tomasz to także ikona Kościoła, który nie lęka się dotykania wszystkich ran świata, które Chrystus niesie w sobie również po zmartwychwstaniu. Nie ma nadziei chrześcijańskiej bez odważnego zmierzenia się z wszystkimi ludzkimi dramatami, z wszystkimi zranionymi w Kościele i poza nim.

---

Gdzie zatem można spotkać Chrystusa Zmartwychwstałego? Wszędzie tam, gdzie ma miejsce w świecie Epifania Jego ran, odsłaniających się w jego siostrach i braciach. Jest tam, gdzie świat wystawia innych na zranienie. Jest także w tych wszystkich odważnych kobietach i mężczyznach, którzy decydując się na odważne dotykanie ran, przekraczają swoją bezpieczną strefę komfortu. (...) „On, będąc w postaci Bożej, nie wykorzystał swojej równości z Bogiem, ale umniejszył samego siebie” (Flp 2, 6-7), to znaczy ograniczył strefę swojego boskiego komfortu i „rozbił namiot” pośród ludzkiej kruchości, wśród przeróżnych „bezdomnych” tego świata. Jezus jest także w tych i z nimi się głęboko utożsamia, którzy zabliźniają rany „tych najmniejszych”: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (por. Mt 25, 31-46).

Niejednokrotnie, komentarze i homilie do tego fragmentu Ewangelii, postawę Tomasza apostoła redukują do jego niewiary: „i nie bądź niewierzącym, lecz wierzącym” – mówi zresztą do niego sam Jezus. Ale On przecież pozwala apostołowi dotknąć ran, aby właśnie wierzył. Wiara Tomasza mysi być komplementarna. Richard Rohr pisze, że „nie jest to tak naprawdę opowiadanie o wierzeniu w fakt zmartwychwstania, ale jest to opowieść o wierzeniu w to, że ktoś może jednocześnie nosić rany i być wskrzeszonym”.
(...)
Tomasz, domagając się zobaczenia śladów gwoździ i włożenia palców w rany, które one pozostawiły, być może nie chce przyjąć biernej postawy wobec faktu, że zabrakło go w Wielki Piątek pod krzyżem. Nie miał kiedy skonfrontować się z widokiem śmiertelnie zranionego ciała, którego przecież także nie składał do grobu, wraz z Nikodem i Józefem z Arymatei. Zdobędę się właśnie na taką interpretację, że Tomasz nie szukał dla siebie łatwego usprawiedliwienia z powodu tego, że zabrakło go jako bliźniego Jezusa. W jego pamięci z pewnością była opowieść Jezusa o Dobrym Samarytaninie, którą Mistrz opowiedział po słowach znawcy Tory, który „chcąc siebie usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim?” (por. Łk 10, 25-37).

(...)

Jeśli chcemy opowiadanie o spotkaniu Tomasza z Chrystusem zmartwychwstałym przyjąć w sposób kontemplacyjny, to nie może nam zabraknąć współczucia i odwagi dotykania z czułością zranionego ciała Jezusa, które odsłania się w „tych najmniejszych”. Słów Jezusa z Ewangelii Mateusza – „Kto was przyjmuje, mnie przyjmuje” nie da się wykreślić. Przyjmowanie to początek. Nie ma człowieczeństwa bez przyjmowania. Być człowiekiem nieprzyjętym to nigdy nie doświadczyć pełni piękna człowieczeństwa. Nasza wiara zaczęła się od tego, że zostaliśmy przyjęci bezwarunkowo, w czasie chrztu. Każde nieprzyjmowanie jest obrazoburcze. Każdy rodzaj nieprzyjęcia, każdy rodzaj dystansu, obcości świadomie wyrażanej, jest obrazoburczy. Uderza w Boga, i w człowieczeństwo. Człowieczeństwo jest piękne, ale tez kruche… zranione. Chrystus przyjmuje tę kruchość, pozwala się nią zranić. Jest również zraniony spojrzeniami i komentarzami innych. Niezrozumieniem przez bliskich, społeczeństwo, wspólnotę Kościoła. Jest zraniony wszelką nietolerancją i pogardą. Chwilami osamotnienia. Każdą depresją i autoagresją z powodu nieakceptacji, której źródło jest w tych, którzy nie przyjęli. Jest także zraniony śmiertelnie każdym odebranym sobie życiem z powodu nietolerancji, szykan, wyśmiania, marginalizowania, ideologizowania.

(...)

Jezus mówiąc to Tomasza: „Podnieś tu palec i zobacz Moje ręce, podnieś rękę i włóż w Mój bok” zaprasza każdego swojego ucznia do przekraczania, wydawałoby się, nieprzekraczalnej dla Boga granicy między tym, co doskonałe, i tym, co zranione. W Chrystusie ta granica została przekroczona definitywne i rany są wpisane w Jego człowieczeństwo „Na wieki wieków. Amen”.

Richard Rorh pisze: „(…) wielka miłość i wielkie cierpienie (zarówno uzdrowienie, jak i zranienia) są uniwersalnymi, zawsze dostępnymi ścieżkami transformacji, ponieważ są to jedyne siły wystarczająco mocne, by usunąć mechanizmy obronne i aspiracje naszego ja. Wielka miłość i wielkie cierpienie sprowadzają się nas z powrotem do Boga, miłość zwykle poprzedza cierpienie i jak wierzę, to właśnie w ten sposób Jezus prowadzi ludzkość do Boga. To nie jest ścieżka, która wiedzie tylko przez radość zmartwychwstania, ale taka, która obejmuje również śmierć i zranienia. (…) Nie da się ignorować tego świata ani jego zranień i jednocześnie próbować kochać Boga. Musimy kochać Boga poprzez ten świat, w nim, a nawet z jego powodu. Takie jest przesłanie, które chrześcijaństwo miało inicjować, głosić i do niego zachęcać, i taki wzór pozostawił Jezus. (…) Mówię o obserwowaniu, dotykaniu, kochaniu tego, co fizyczne, materialne, co należy do wszechświata przepełnionego życiem, z całym jego cierpieniem i jest to, jak myślę, właściwe miejsce dla każdej zdrowej duchowości i dla prawdziwego rozwoju. A zatem śmierć i zmartwychwstanie, a nie śmierć lub zmartwychwstanie. (…) Jezus zaprosił Tomasz i wszystkich wątpiących do udziału w religii, która opiera się na tym, że dotykanie ludzkiego bólu i cierpienia staje się zarówno drogą do współczucia, jak i do zrozumienia" ("Chrystus uniwesralny, s. 132-134).

„Od tylu wieków
każdy może dotykać Twoich pięciu ran
pięciu ciemności
i kłaść nie umyte palce
na czystą księgę Twego ciała
wołać Cię po imieniu
przedrzeźniać Twoją samotność
rozszarpywać Słowo

(…)

Rozdany do ostatniego włókna
rozczepiony jak światło w tysiące pryzmatów
Twoją krwią napełniono butelki
taniego wina wieczornej pociechy
Tak wspólny że każdy
i tak osobny że wnikasz
nawet w moją osobność
Przechodzisz Twój ślad trwa na wodzie
Niewód krwiący wlecze się przez morze
rodzisz się ze mną
i ze mną umierasz
i tylko kiedy czynię zło sam jestem
pusty bez siebie bo bez Ciebie.”

Anna Kamieńska, "Od tylu wieków"

("Rozmowy pierwszego dnia", WAM 2024).

Druga Niedziela Wielkanocy, 12.06.2026Komentarz do Ewangelii J 20, 19-31(tłum. Biblia ekumeniczna)A gdy nastał wieczór pierwszego dnia tygodnia i drzwi były...

  Mk 16, 9-15Pomimo "notorycznego" niedawania wiary świadectwu Marii Magdalenie, uczniom, którzy wracają z Emaus... Jezu...
11/04/2026

Mk 16, 9-15

Pomimo "notorycznego" niedawania wiary świadectwu Marii Magdalenie, uczniom, którzy wracają z Emaus... Jezus posyła uczniów na cały świat z Dobrą. Nowiną. Wcześniej jednak "niejako przymusza" ich do bycia świadkami stając pośrodku ich braku wiary i uporu.

Ich świadectwo będzie więc w jakich sposób "zranione", ale być może dzięki temu ich głoszenie nie będzie aroganckie, oparte całkowicie na łasce - "wystarczy ci Mojej łaski. Moc bowiem osiąga swój cel w słabości" (2 Kor 12, 9)

"Nasze poszukiwanie jest wezwaniem do pokory, ponieważ rozpoznajemy w nas samych "potencjalnych ateistów", doświadczamy trudności w wierze, zauważamy w sobie tę samowystarczalną i niekiedy arogancką pychę, która separuje nas od innych i wydaje wyrok skazujący. Szukanie Boga wymaga przejścia przez noc, a nawet pozostania w niej na długo. Wymaga odkrycia siły i piękna drogi wiary, która umiałaby zatrzymać się przed mrokiem wątpliwości, nie roszcząc sobie prawa do oferowania rozwiązań za wszelką cenę. Wiara przeżywana pozwoli nam świadczyć o Chrystusie pokorną mową tego, kto nauczył się czynić noc swoim mieszkaniem i żyć pytaniami, które ona stawia (...) Pokorna wiara przyjmuje to, że przejście przez mrok ku świtowi nie oznacza przejścia do poszukiwania do posiadania..."

- z watykańskiego dokumentu "Kontemplujcie.Do osób konsekrowanych o śladach Piękna".

Sobota w oktawie Wielkanocy, 11.04.2026Komentarz do Ewangelii Mk 16, 9-15(tłum. Biblia ekumeniczna)Po swoim zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem pierwszego dni...

  J 21, 1-14Spotkanie Jezusa z uczniami nad jeziorem Genezaret po zmartwychwstaniu wydaje się jakimś déjà vu, doświadcze...
10/04/2026

J 21, 1-14

Spotkanie Jezusa z uczniami nad jeziorem Genezaret po zmartwychwstaniu wydaje się jakimś déjà vu, doświadczeniem już jakby kiedyś oswojonym. To już raz się wydarzyło (por. Łk 5,1–11). Nad brzegami jeziora zostali powołani, by wypłynąć na głębię zaufania Ewangelii. Piotr, Andrzej, Jakub Jan…, zawodowcy w połowach ryb, postanowili na słowo Jezusa zarzucić ponownie sieci po nieudanym połowie: „Mistrzu, przez całą noc trudziliśmy się i nic nie złowiliśmy, ale na Twoje słowo zarzucę sieci” – mówi Piotr. I złowili tak wielką ilość ryb, że sieci się rwały.

Po zmartwychwstaniu wracają nad Jam Kinneret. Na skołatane serce łagodne fale jeziora wydają się dla nich najlepszym ukojeniem, nawet jeśli łodzie okażą się już nieco zdezelowane a sieci wpierw wymagać będą solidnej naprawy. Potrzebna im tylko przędza rybacka. Oswojony sposób na ucieczkę przed bolesną przeszłością, kiedy to wraz Jezusem z pasją tkali przypowieści o sieci, w którą mieli łowić perły Królestwa. Oswojony sposób na ucieczkę wydaje się chybiony. Czeka ich kolejny zawód? Jakby wszystkiego było za mało, „wyszli i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili”. O poranku na samym brzegu jeziora staje jednak Jezus. Ludzkie zawody, porażki, rany i śmierci, a nawet najstraszniejsze otchłanie to miejsca, do których On pragnie przychodzić, aby objąć je swoją bliskością. Chrystus w swej nieodstępującej miłości staje pośrodku każdego dramatu, bo jeśli „gest pokładania nadziei jest jednym z najbardziej tolerancyjnych gestów człowieka” (J. Tischner), to co dopiero w przypadku Tego, którego w tradycji bizantyjskiej nazywa się Filantropos.

Nie rozpoznają Go od razu. To już jakaś popaschalna prawidłowość. Uczniowie muszą na nowo poznać Mistrza. Maria Magdalena rozpoznała Go poprzez pełne czułości wypowiedzenie jej imienia; Kleofas i jego towarzysz po tym, jak tłumaczył im Pisma; pozostali, gdy pokazał im swoje dłonie i stopy. Teraz, nad Jeziorem Galilejskim, rozpoznają Go po tym, jak po zarzuceniu sieci złowili wielką ilość ryb.

Ale wcześniej ten Przyjaciel ludzi z czułością nie mniejszą niż ta, której doświadczyła Miriam z Magdali, zwraca się do siedmiu uczniów łowiących ryby: „Dzieci, czy macie coś do jedzenia”. Tłumaczenie „dzieci” jest bardzo zachowawcze, jakby tłumacz bał się słowa, które mogłoby sugerować jakieś niebezpieczne spoufalenie. W oryginalnym tekście greckim użyto słowa bardziej czułego teknia, czyli „dzieciątka”, co sugeruje ogromną zażyłość Jezusa z apostołami. A może znaczy to coś więcej? Nowe narodziny nad Jeziorem Tyberiadzkim? Gdy jeszcze byli w drodze do Jerozolimy, uczniowie pytali Jezusa o to, kto jest największy w Królestwie Niebios. „[On] przywołał wtedy do siebie dziecko, postawił je pośród nich i po wiedział: Zapewniam was, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mt 18,1–5). Te narodziny dziecka w apostołach będą bolesne. W czasie Paschy, w „ostatniej godzinie”, rozpocznie się bolesny proces nowych narodzin, wyjścia z kokonu masek utkanych z ambicji, kompleksów, by ostatecznie przeobrazić się w kochane bezwarunkowo dziecko: „Kobieta, gdy rodzi, smuci się, bo przyszła jej godzina. Kiedy jednak urodzi dziecko, nie pamięta już bólu z powodu radości, że człowiek przyszedł na świat” (J 16,21).

To nie déjà vu. To dzieje się naprawdę: nowe spotkanie i nowy połów, w którym umiłowany uczeń rozpoznaje: „To jest Pan”. Pod koniec życia Jan napisze: „I zobaczyłem nowe niebo i nową ziemię. Pierwsze niebo bowiem i pierwsza ziemia przeminęły, i nie ma już morza. […] I otrze wszelką łzę z ich oczu, i śmierci już nie będzie ani żałoby, ani krzyku, ani bólu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. A Ten, który siedzi na tronie, powiedział: Oto wszystko czynię nowe” (Ap 21,1.4– 5).

Inny, czyli Duch Jezusa Chrystusa, przepasze apostołów miłością, przez którą będą zwoływać i gromadzić Kościół. Kościół miłości! Taki ma być właśnie cel nowego połowu. Ewangelia mówi: „Poszedł więc Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć, pełną wielkich ryb. Było ich sto pięćdziesiąt trzy. Mimo tak wielkiej ilości ryb, sieć się nie rozerwała”. Kto miał z apostołów wówczas głowę do liczenia ryb? Taka drobiazgowość w tym szczególnym momencie spotkania z Panem wyglądałaby na nieco groteskową. Liczba stu pięćdziesięciu trzech ryb jest z całą pewnością symboliczna. Okazuje się, że jeśli tę liczbę napisać literami hebrajskimi, otrzymamy zapis „qehal haahabha”, co znaczy „Kościół miłości”. Tak, bo dokładnie po to Pan Jezus umarł i zmartwychwstał, żeby zgromadzić uczniów i wszystkich, którym będzie głoszona ewangelia, aż do skończenia świata, w Kościele miłości.

„I
Jeśli byłabym – tam – wtedy – to może
byśmy się… zaprzyjaźnili? Cóż.
Raczej się tego nie dowiem. Ale na szczęście
mogę – przenosić się tam czasem myślami.
II
Wychodzę więc z siebie, staję obok
i wyostrzam wzrok. I widzę siebie
[…]
niespełnieniem i znów szukam Cię po omacku.
A Ty przychodzisz i kpiąco– czule mówisz:
«chodź» – więc idę.
I wzajemnie uczymy się łowić zanurzonych
w sieci utkane z ciepłych słów.
I tak sobie myślę, że Ty chyba jesteś w tym– Mistrzem, skoro nawet krnąbrni rybacy
porzucają mieszkania i ryby – dla Ciebie.
[…]
V
W każdym razie… Dobrze byłoby sobie tak razem
wędrować
po zielonych wzgórzach i dolinach światło– cieni.
W końcu jednak ktoś wołałby: „chodźmy nad wodę!”– Więc byśmy szli.
Może mogłabym tam wtedy tak prawdziwie
odpocząć, patrząc sennie na delikatnie
marszczące się od wiatru wody Tyberiatyku
(w którym obmyłbyś nam upiaszczone stopy).
I zasnąć sobie lekko na Twoich kolanach.
Ukołysana śpiewem szeptu, wiatru i wody
i ciszy wplątanej we włosy.
VI
I mogłoby być tak… dobrze. Po prostu. Nieważne
po jakiemu: polsku, angielsku, hebrajsku czy aramejsku.
Gdybyśmy słuchali, przypływali do siebie
I nieśli siebie na–wzajem
[…]
Gdybyśmy wspólnie jedli i pili, śmiejąc się perłami.
Gdybyśmy wspólnie płakali i uzdrawiali, wypełniając
Puste otwarte czerpaki
Na przekór bólowi płynącemu z krzyża
z napiętych mięśni, że zszarganych nerwów
i z popękanych serc.
Woda – Wino – Krew – Pot – Woda – Światło –
Takie Życie.”

Aleksandra Cichoń, Jezioro Tyberiadzkie

Piątek w oktawie Wielkanocy, 10.04.2026Komentarz do Ewangelii J 21, 1-14(tłum. Biblia ekumeniczna)Potem Jezus znowu ukazał się uczniom nad Jeziorem Tyberiadz...

  Łk 24, 35-48Apostołów zamkniętych w Wieczerniku póki co „zwołuje i gromadzi” paraliżujący lęk odziedziczony po wydarze...
09/04/2026

Łk 24, 35-48

Apostołów zamkniętych w Wieczerniku póki co „zwołuje i gromadzi” paraliżujący lęk odziedziczony po wydarzeniu paschalnym. Więcej, są mocno zaryglowani na to, by ponownie uwierzyć w człowieka, bo „tak krok po kroku przez cały ten Wielki Tydzień w apostołach umierała także wiara w człowieka. Czy można wierzyć ludziom? […] Czy można wierzyć apostołom, jeżeli wśród apostołów znajduje się zdrajca?” – pytał w trakcie wielkanocnej homilii ks. Tischner. I dodał: „Z takim pytaniem kończy się Wielki Tydzień. Doświadczenia Wielkiego Tygodnia mówią «nie». Ludziom także wierzyć nie można.”

Możemy sobie tylko wyobrazić, ile wzajemnych oskarżeń i żalów mogło nimi targać. Jakie emocje wypełniały pomieszczenie, w którym się znajdowali. I właśnie do takiego miejsca i do takich przeżyć, przychodzą ci uczniowie, którzy wcześniej szli w stronę Emaus. Nagle słyszą całkowicie inną narrację. Słuchają o dobrym Słowie, o Ewangelii, której doświadczyli w drodze i o tym, jak rozpoznali Chrystusa spragnionego dzielić wspólny stół życia. Zderzenie i konfrontacja dwóch narracji. Obie były prawdziwe, ta, że Chrystus prawdziwie umarł, i ta, że prawdziwie zmartwychwstał. Uczniowie z Emaus również doświadczyli w drodze konfrontacji swojego bólu i żalu z Dobrą Nowiną. Konfrontowanie zaczyna się od zasłuchania, z którego wykluwa się delikatnie wiara. Trzeba dać sobie czas na usłyszenie Słowa, bez względu na wewnętrzny opór i to, że zaprzeczenie i powątpiewanie nie dają za wygraną. W głoszeniu Ewangelii ważne jest nie tylko, co głosimy, ale także udzielenie solidnej odpowiedzi na pytanie, komu głosimy.

Uczniowie musieli przejść przed kilka ciemnych nocy pustki i osamotnienia po śmierci Chrystusa, noce niewiary w Boga, w człowieka, w nich samych. Czekała ich długa droga zdezorientowania i destabilizacji, począwszy od nocy zdrady Judasza w Wielki Czwartek, poprzez noc swojego własnego zaparcia się i nieobecności pod krzyżem w Wielki Piątek, przez trudną i groźnie zastygłą ciszę tamtego szabatu aż do poranka wielkanocnego. I właśnie pośrodku takich poranków, utkanych z niewiary odziedziczonej po ciemniej nocy, po środku kruchej kondycji przerażonych uczniów, stanął sam Jezus. Znalazł się w samym środku ich trwogi i niepokoju. I tak, krok po kroku, przez cały ten pierwszy dzień tygodnia (por. Mt 28,1; Mk 16,9; Łk 24,1; J 20,1.19), w apostołach na nowo zmartwychwstaje wiara w Boga i człowieka. Jezus nie ignoruje ich przerażenia. Nigdy nie lekceważy go, nie deprecjonuje i nie podważa naszych przeżyć. Wie, że uczniowie nie są w stanie o własnych siłach przekroczyć doświadczenia, które po ludzku jest bardzo zamykające (por. J 20,19). To może uczynić wyłącznie „jakaś nowa nauka z mocą” (Mk 1,27): „Jeśli więc jest jakaś zachęta w Chrystusie, jakaś pociecha miłości [„moc przekonująca miłości” w tłum. Biblii Tysiąclecia], jakaś wspólnota Ducha, jakieś współczucie i miłosierdzie, dopełnijcie mojej radości i to samo myślcie, mając tę samą miłość, zjednoczeni i jednomyślni” (Flp 1,1–2).

Moc przekonująca miłości, współczująca i miłosierna, przychodzi wraz ze słowami Mistrza stojącego pośrodku uczniów: „Pokój wam”, Słowa o pokoju nie są tylko czczą obietnicą, nieliczącą się z realiami życia mrzonką. Zmartwychwstały Chrystus pokój realnie przynosi z sobą do wieczernika, do miejsca, w którym w czasie paschalnego sederu, po tym jak obmył uczniom stopy, mówił: „Pokój wam zostawiam, Mój pokój wam daję. Nie tak, jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży wasze serce i niech się nie lęka. Słyszeliście, co wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę do was (J 14,27–28). To były słowa testamentu zostawionego na czas Jego dramatycznego „odejścia”. I teraz ten testament zostaje otwarty w ich sercach, w czasie Jego ponownego „przyjścia”. Jego odejście pozostawiło rany w Nim i w nich. Przyniosło zrozumiały niepokój. Jest to pokój, który przenika głębiej niż wszelki niepokój naszej świadomości, niż wszelkie udręki naszego psychologicznego „ja”, płynące z oskarżenia: „A jeśli nawet serce nas potępia, to Bóg jest większy od naszego serca i wie wszystko” – pisze św. Jan (1 J 3,20). Niepokój uczniów w Wieczerniku jest pokłosiem mniej lub bardziej wypowiedzianego oskarżenia, czy to wobec siebie nawzajem, czy też samooskarżenia.

Gdy więc Jezus stanął między uczniami, byli przerażeni. Przecież zobaczyli kogoś pozostawionego przez Boga na krzyżu i opuszczonego przez nich w ogrodzie Getsemani. Mają prawo obawiać się, że pojawienie się Jezusa może mieć charakter oskarżycielski. Widoczne na Jego ciele rany są wystarczającym dowodem oskarżenia. Ale gdy z Jego ust padają słowa: „zobaczcie Moje ręce i stopy… dotknijcie Mnie i zobaczcie” jest jasne, że nie mają one charakteru przemówienia oskarżycielskiego. Jezus pokazuje rany w taki sposób, w jakim je prorocko widział prorok Izajasz: „dzięki jego ranom doznaliśmy uzdrowienia” (Iz 53,5).

Chrystus patrzy na swoich uczniów w sposób głęboko rozumiejący. To właśnie zrozumienie jest drogą do pojednania. Zrozumienie jest dogłębną uważnością na drugiego człowieka, a w przypadku Chrystusa jest owym widzeniem Boga – hebr. wajar, które widzi, że „wszystko, co stworzył, było bardzo Dobre”. Miłosierne przebaczenie nie jest tanią abolicją, ale widzeniem przyjmującym, dogłębnym. Rany Jezusa „zwołują i gromadzą”, co w spotkaniu uczniami zostało wyrażone choćby przez dzielenie z nimi stołu, przy którym „On wziął i zjadł w ich obecności”. Chrystus nie daje pokoju. On sam jest naszym pokojem i pojednaniem (por. Ef 2,14). W Jego przyjmującej bliskości i jednoznacznej zgodzie na trwałą relację uczniowie doświadczają pokoju i uwolnienia od budzącego przerażenie i trwogę oskarżenia:

„Teraz nastało zbawienie i moc,
i królowanie naszego Boga,
i władza Jego Mesjasza,
bo został strącony oskarżyciel naszych braci,
który dniem i nocą oskarżał ich przed naszym Bogiem” (Ap
12, 10).

Wszystko dzieje się niezgodnie z ludzką logiką o usprawiedliwieniu. Człowiek uważa, że musi na nie zasłużyć, zapracować, odpokutować. Wiara widzi to, co dla ludzkiej logiki zasługiwania jest niewidoczne i wręcz amoralne: „Chrystus, gdyśmy byli bezsilni, w wyznaczonym czasie umarł za bezbożnych. Niełatwo jest umrzeć za sprawiedliwego. Może jeszcze za dobrego ktoś odważy się umrzeć. Bóg natomiast okazuje nam swoją miłość przez to, że gdy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł” (Rz 5,6–8). To doświadczenie pojednania w Chrystusie jest podstawą ich świadectwa – „wy jesteście tego świadkami”. Jest ono dane w „mocy z wysokości”, opatrzone pieczęcią Ducha: „On też wycisnął na nas pieczęć i jako zadatek zostawił Ducha w naszych sercach (2 Kor 1,22). Nie opiera się na ludzkiej sile. To świadectwo wyrasta z zabliźnionych ran i na ranach będzie się opierać, aż do skończenia świata. Jezus na wieki jest naszym bliźnim – nosi na swym ciele rany, trwały lecz niewypominający zapis solidarnie przeżytej historii bliskości z nami, zabliźnionej przez przebaczenie.

Pewnego pięknego poranka zmartwychwstały Chrystus stanął pomiędzy uczniami, ukazując zranione ręce i nogi. Nie oznaczało to wyrzutów ani oskarżania, które by dopełniły zamknięcie w lęku wypełniającym Wieczernik. Wielkanocny poranek stał się czasem błogosławieństwa, w którym Zraniony nie pyta dla usprawiedliwienia siebie: czy raniący jest Jego bliźnim? „Zabliźnił się” z nami na całą wieczność.

„W Mieście Schronienia
obwarowałem się w Tobie
swoje życie złożyłem w Twoje ręce
nie odstąpię od Ciebie
nie opuszczę
granic miłosierdzia
miłości i przebaczenia
zawarłem z Tobą przymierze
pewien błogosławieństwa
nie pozwól Panie
aby mściciel krwi nastawał na
moje życie"

Marek Biskup, „W mieście schronienia

Czwartek w oktawie Wielkanocy, 9.04.2026Komentarz do Ewangelii Łk 24, 35-48(tłum. Biblia ekumeniczna) Uczniowie opowiadali, co wydarzyło się w drodze i jak G...

08/04/2026

Zostań modlitewnym zapleczem dla przyszłych kaznodziejów! 👣

Powołanie to nie tylko jedna, wielka decyzja, ale codzienne wybieranie tej samej drogi – raz w blasku poranka wielkanocnego, a raz w trudzie zwyczajności. W tym radosnym czasie paschalnym zapraszamy Cię do akcji „Twój Brat” i włączenia się w modlitwę za tych, którzy przygotowują się do pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej – braci studentów, nowicjuszy i prenowicjuszy🖤🤍

🕊 Dołącz do wspólnoty modlitewnej i razem prośmy o nowe powołania do naszego Zakonu oraz o łaski potrzebne do mądrego rozeznawania powołania braciom w formacji.

Zapraszamy do zapisu do specjalnego newslettera, w którym będziesz otrzymywać informacje z życia braci w formacji, świadectwa braci oraz inspiracje do własnej modlitwy. Link w komentarzu👇

Twoja obecność sprawia, że razem możemy głosić Ewangelię🔥

  Łk 24, 13-35Uczniowie, kierując swe kroki w stronę Emaus, „rozmawiali ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło”. Wyda...
08/04/2026

Łk 24, 13-35

Uczniowie, kierując swe kroki w stronę Emaus, „rozmawiali ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło”. Wydaje się, że to nie są nawet rozmowy ostatniej szansy, ale raczej utkana z żalu wymiana zdań po utraconej szansie… na życie. Relacja ewangelisty wskazuje, że idą w kierunku jakiegoś miejsca, które jest przed nimi. Wymowa rozmowy sugeruje jednak coś zgoła przeciwnego. Boleśnie zamknięci w przeszłości, w tym wszystkim, co już się wydarzyło i skończyło – w ich rozeznaniu sytuacji i odczuciu serca, są daleko od nadziei, że coś dobrego mogłoby się jeszcze wydarzyć. W pewnym sensie idą donikąd. Nazwa miejscowości Emaus mogłaby posłużyć jako synonim mechanizmu ucieczki. Uczniowie idą w kierunku przeciwnym do szczęśliwej uważności na życie. Są w odwrocie! Samo wyznanie „a my spodziewaliśmy się” nie było przypadkowe. Śmierć Chrystusa i jej konsekwencje są tak dramatyczne i raniące, że uczniowie zmierzają do „krainy nieodczuwania”, by zminimalizować swoje bolesne przeżycie. Zawód i ból popychają ich w stronę nieczułości: „zbyt nieczułego serca” (Łk 24,25). Nie odnajdują w sobie siły, by z uważnością skonfrontować się z samymi sobą i odważnie być przy sobie w całym dramatyzmie przeżyć niesionych po wszystkim, co wydarzyło się w Jerozolimie. Jest to dla nich nie do uniesienia. Myślę, że każdy z nas ma za sobą, albo właśnie teraz przeżywa, taki rodzaj cierpienia, które jest tak bardzo trudne do zniesienia, że porzuciliśmy własną wrażliwość na rzecz „krainy nieodczuwania”. Pierwszą, zrozumiałą reakcją na nieznośny ból, na jakieś dojmujące zło czy wewnętrzny konflikt, jest zaprzeczenie i niezdolność do skomunikowania się z tym o własnych siłach.

Wędrówkę uczniów do Emaus nazwałem „drogą donikąd”, bo to podróż bezsensowna. Dlatego Jezus mówi do uczniów: „O, bezmyślni”. Emaus może również posłużyć jako synonim iluzji. Chrystus, używając określenia „bezmyślni (nierozumni)”, z pewnością nie ma intencji obrażenia uczniów: „O, głupiutcy!”. To raczej stwierdzenie określające dramatyczne położenie: „O, pozbawieni sensu!” i jednocześnie wyrażające troskę o to, by pokonać ten stan rzeczy. W końcu mówi to „nieznajomy” towarzysz drogi, który potem zostanie rozpoznany jako Chrystus, który „Przed wszystkim JEST Słowem” (prolog Ewangelii według św. Jana), czyli Logosem – Sensem.
Brak konfrontacji z własną historią, jakakolwiek by ona nie była, jest rodzajem ucieczki przed uważnością na samego siebie – na sens, który nosimy w sobie, oraz ucieczki przed własną wrażliwością. Paradoksem jest to, że choć iluzorycznie może się wydawać, że taki wybór uchroni nas przed bólem z powodu raniących przeżyć, to jednak ostatecznie jest to swoisty brak łagodności, czy wręcz forma zachowania przemocowego w stosunku do siebie. To negatywny wybór dalszego, nawarstwiającego się w nas cierpienia i bólu.

Zaprzeczenie jest pierwszą i naturalną reakcją na ból i zło. Na dłuższą metę skazuje jednak człowieka na bycie niejako – przez porównanie – „zwierzyną łowną”, która zdezorientowana ucieka bez sensu przed „myśliwym”, którym jest nieskonfrontowana historia. „Myśliwy”, dopadając „łowną zwierzynę”, rani ją w nieoczekiwanym momencie i powoli zabija. Nieskonfrontowana historia oskarża i zamyka w samooskarżeniu.

Na drodze desperackiej ucieczki uczniów pojawia się na szczęście ów nieznajomy” – Odwieczny Sens i Czuły Narrator. Na pewnym etapie, gdy już oswoi uczniów swoim cierpliwym towarzyszeniem, uważnym słuchaniem i niezakłamaną czułością, odważa się im powiedzieć: „O bezmyślni i zbyt nieczułego serca”. Nie ma to nic wspólnego ze strzelaniem z łuku prawdą, ale raczej jest cierpliwym tkaniem razem z nimi na nowo tej ich (i Bożej) prawdy. Jezus objawia się na drodze słuchania jako ktoś zainteresowany dylematami i wątpliwościami, ktoś, kto rzuca na nie nowe światło. To najlepszy sposób na wyprowadzenie drugiego z „bezdomności”. W każdym czasie wszyscy doświadczający bezdomności, zdezorientowani na swych życiowych drogach, z utęsknieniem oczekują „nieznajomego” towarzysza drogi. Jest nim Chrystus, „Baranek za bity, żyjący na wieki”, który łamie pieczęcie „bezsensu i nieczułości” chroniące dostęp do Księgi Życia, zapisanej w sercu osamotnionych i zbolałych wędrowców.
Historia uczniów to też Jego historia, w której On, zraniony Pasterz, nie ignoruje otrzymanych ran. Nosi je w sobie nawet po zmartwychwstaniu, na całą wieczność. I właśnie jako zraniony Baranek towarzyszy uczniom. To najlepszy sposób na uważność – być obok, współodczuwając i współdzieląc los. Dokładnie o wspólną drogę (z gr. syn – hodos – „wspólnie idą”) chodzi w synodalności, do której zaprasza nas papież Franciszek. Być przy drugim w sposób uważny, by przez to dać mu odczuć, że nie jest porzucony i bezdomny, lecz ma miejsce w naszym życiu „na dobre i złe”, w życiu i śmierci. Chrystus towarzyszący uczniom jest doskonale uważny. Nie traci z oczu wcześniejszych przeżyć uczniów, a na drodze staje się uważnym towarzyszem ran, porażek i frustracji, których śladem jest rozżalenie ukryte w słowach: „a myśmy się spodziewali”. Rozżalenie to tylko jedno z uczuć. Ale może stać się niebezpiecznym wyborem. Człowiek zraniony skłonny jest do ulegania psychologicznym mechanizmom współczucia sobie samemu, które nie prowadzi do pojednania z własną przeszłością.
To tragiczny brak nadziei. Chrystus jednak zawsze żywi niezachwianą nadzieję w stosunku do człowieka, dostrzegając poza zasłoną jego kruchej kondycji to, co jest najgłębszym sensem jego egzystencji. Oznacza to, że jeśli nawet my utracimy w jakimś wymiarze poczucie sensu naszego życia, tego, który był na początku, to Pan przez swoją wierną uważność jest strażnikiem tego sensu. „Na początku jest Słowo”, jest Sens. Gdy my tracimy poczucie sensu i uciekamy w bezsens – w owo „donikąd” (Emaus) – Bóg pojawia się ze swoim dobrym Słowem i ofiaruje uważną obecność, która nas poprowadzi do szczęśliwej mety: „Dobrą walkę stoczyłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem” (2 Tm 4,7).

Na drodze do Emaus dostrzegamy wiele elementów tej uważności, co w kontekście reformy Kościoła możemy widzieć jako konstytutywne cechy drogi synodalnej.

Po pierwsze, bycie obok: „przybliżył się i szedł z nimi”. Chrystus jest Słowem, które towarzyszy nam w drodze wiary i tego też oczekuje od swoich uczniów posłanych do świata „Kościół «wyruszający w drogę» jest Kościołem otwartych drzwi. Wyjść ku innym, aby dotrzeć do ludzkich peryferii, nie znaczy biec do świata bez kierunku i bez sensu. Często lepiej zwolnić kroku, porzucić niepokój, aby spojrzeć w oczy i słuchać, albo odłożyć pilne sprawy, aby towarzyszyć człowiekowi, który pozostał na skraju drogi”, jak pisał papież Franciszek.

Po drugie, bezwarunkowe wysłuchanie: „o czym tak rozprawiacie, idąc?” Bóg nas słyszy. Na tym właśnie polega komunikacja, że zanim zaczniemy mówić, powinniśmy nabyć tę uważność zasłuchania. Nie mamy dla siebie dobrych słów – słów adekwatnych i życiodajnych bez usłyszenia tej niepowtarzalnej narracji, którą drugi nosi w sobie i za jej pomocą opisuje tak, a nie inaczej samego siebie. Poczucie, że ktoś naprawdę jest przy nas i że jest przy nas w sposób uważny, wynika z jednoznacznego przeświadczenia, że ten ktoś nas słucha i dogłębnie słyszy. Myślę, że każdy z nas ma takie doświadczenie, w którym wprawdzie przyjęliśmy w stosunku do kogoś zewnętrzną postawę słuchania, ale w myślach już prowadziliśmy z tym kimś dyskusję, żonglując własnymi racjami i nie mogąc uwolnić się od przywiązania do własnej narracji, by usłyszeć tę inną – naszego rozmówcy. Bóg stworzył nas i odkupił przez Słowo, ale podłożem tego Słowa jest zasłuchanie.

Bóg jest więc dobrym towarzyszem drogi. Jest Słowem zasłuchanym. Jest Słowem w drodze do nas. Od początku jest to droga uważności. Tylko Słowo Boga może być tak pokorne, że na drodze wcielenia ogałaca się z „przemawiania” i wpierw staje się niemowlęciem. Słowo Boga się ogranicza,
„ma granice”.

Kolejnym elementem jest pomoc w skomunikowaniu się ze swoją historią, nawet tą najboleśniejszą: „O bezmyślni i zbyt nieczułego serca”.
Następnym krokiem na wspólnej drodze jest ofiarowanie nadziei zbudowanej z dobrych słów: „I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego”. Dobre Słowo Boga zawsze pielęgnuje nadzieję, która otwiera na przyszłość, czyli wolność.

Kluczowym i nieocenionym w budowaniu uważnych relacji elementem, jest dzielenie stołu i chleba. To nie tylko metafora, ale realny wymiar dzielenia życia, jak to czyni Chrystus wobec uczniów: „A gdy zasiadł z nimi przy stole, wziął chleb, pobłogosławił, połamał go i podał im.” Dzielenie z kimś życia jest błogosławieństwem. Doświadczył jej Zacheusz w Jerychu, gdy Chrystus zatrzymał się w jego domu – w jego trudnej i dalekiej od doskonałości ludzkiej kondycji, w obliczu wszystkich oczekiwań tłumu, naznaczonych niezdrową presją. Sama obecność Chrystusa staje się błogosławieństwem – domem, w którym tętni życie: „A kiedy ukaże się Chrystus, który jest waszym życiem…” (Kol 3,4). Zacheusz czy uczniowie idący do Emaus być może wprost usłyszeli to najpiękniejsze żydowskie błogosławieństwo kapłańskie:

„Niech cię Pan błogosławi i strzeże.
Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię
obdarzy swą łaską.
Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy
Pokojem” (Lb 6,24– 26).

Jezus nie złorzeczy ludzkiej historii. To domena ludzi, którzy sądzą o sobie, że są „czyści”, tak jak mieszkańcy Jerycha: „przyszedł w gościnę do grzesznego człowieka” (Łk 19,7). Święty Paweł sam dał świadectwo tego, jak doświadczył błogosławieństwa ze strony Chrystusa, pomimo swojej trudnej historii, w której prześladował i zabijał pierwszych wyznawców. Pisał potem w Liście do Rzymian: „błogosławcie, a nie złorzeczcie” (12,14). Błogosławieństwo jest bezwarunkowym aktem przyjęcia człowieka, o czym niedawno przypomniał nam papież Franciszek w dokumencie – deklaracji Fiducia supplicans o duszpasterskim znaczeniu błogosławieństw.
Droga Jezusa z uczniami – ten najdoskonalszy wyraz synodalności, w której odzyskuje się szczęśliwą uważność na siebie samego i siebie nawzajem, daje ostatecznie siłę, by powrócić do życia. Wrócić do życia, czyli skomunikować się z nim i pojednać. Pojednanie oznacza zrozumienie z łagodnością. Nie można bowiem pojednać się ze swoją historią, traktując ją jako przeciwnika i stosując w stosunku do niej jakąkolwiek przemoc, także o charakterze religijnym. W przeciwnym razie odda nam niejeden śmiertelny cios. Uczniowie, pomimo głębokich ran, odzyskują w swoim życiu sprawczość. Każdy z nas ma do niej dostęp, a kluczem dostępu jest nasze dziecięctwo – godność bycia córką czy synem. Szczęśliwym owocem uważnego towarzyszenia jest powrót uczniów do własnego życia oraz do pozostałych uczniów: „I mówili nawzajem do siebie: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?». W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy”. Tłumacząc dosłownie: powstali (z gr. anastasis) ze śmierci do życia. Serca uczniów idących do Emaus, wcześniej „nieczułe”, pod wpływem obecności Zmartwychwstałego oraz Jego słowa, błogosławieństwa i łamania chleba ponownie biją mocniej (Łk 24,32).

„Panie Twoja obecność, tak bardzo prawdziwa, więcej waży
niż jakikolwiek argument
Na moim karku i plecach poczułem Twój ciepły oddech.
Wymawiam słowa Twojej księgi, ludzkie, tak jak ludzkie są
Twoje miłości i gniewy
Sam nas przecież stworzyłeś na swój obraz i podobieństwo.
[…]
Wybaw mnie od obrazów bólu, które zebrałem, wędrując
po świecie,
zaprowadź tam, gdzie jest Twoje światło”

Czesław Miłosz, Obecność

Środa w oktawie Wielkanocy, 8.04.2026Komentarz do Ewangelii Łk 24, 13-35(tłum. Biblia ekumeniczna)W pierwszy dzień tygodnia dwaj z uczniów szli do wioski zwa...

Adres

Zielona 13
Łódź
90-601

Godziny Otwarcia

12:00 - 13:00

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kaplica dominikanów przy Zielonej umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij