22/05/2025
Jako mała dziewczynka marzyłam, aby zostać baletnicą, ale nie dla sukienki. Chciałam nią być dla tych płynnych i delikatnych ruchów, którymi opowiada się historię, czasami wesołą, a czasami smutną… i w jakimś maleńkim stopniu, zrealizowałam to marzenie. Chodziłam na zajęcia baletowe i miałam nawet jeden występ na scenie. Niestety, na drodze do dalszej kariery stanęły moje grube kości. Dla ówczesnej, siedmioletniej mnie, była to pierwsza życiowa tragedia, która jak się później okazało, miała mnie hartować przed dorosłym życiem.
Po czasie smutku i rozczarowania, zafascynowałam się łyżwiarstwem figurowym. Trenowałam ponad 2 lata, 5 razy w tygodniu. Zajęcia baletowe bardzo pomogły mi w płynności ruchów. Niestety, tym razem na drodze do kariery łyżwiarskiej stanął, najpierw brak funduszy na indywidualne zajęcia, a następnie moja złamana noga. Leżałam w gipsie 6 miesięcy, w 7 miesiącu uczyłam się chodzić, a po kolejnych dwóch latach pozwolili mi założyć ponownie łyżwy. Czyli kolejne przygotowanie przed tym, czego miałam doświadczyć.
Mijały lata, doświadczałam kolejnych wyzwań, ale też marzyłam…
Jako nastolatka, byłam zdecydowanie poważniejsza i dojrzalsza niż rówieśniczki. Zaczęłam wtedy marzyć o rodzinie, o dużej rodzinie. Oczyma wyobraźni widziałam siebie z mężem i trójką dzieci, mieszkającą w białym domku z ogródkiem.
Hmmmm…………..
I to marzenie zrealizowałam, jednak trwało tylko moment.
Pierwsza ciąża była bardzo trudna. Przez 8 miesięcy, co tydzień musiałam sprawdzać morfologię, bo wszystko było poniżej normy. Wymiotowałam przez 5 miesięcy, a do końca ciąży, notorycznie mnie mdliło. Do tego wszystkiego, od połowy ciąży, musiałam przyjmować zastrzyki na jej podtrzymanie.
Dotarliśmy do mety we dwójkę i mogłam w końcu przytulić Piotrusia. To był rok 1994.
Po 2 latach znowu marzyłam o dziecku i zaczęliśmy się o nie starać. Bezowocnie. Ostatecznie trafiłam do poradni leczenia niepłodności na kolejne kilka lat.
Był sierpień 2000. Zaczęło boleć mnie podbrzusze, myślałam, że zbliża się miesiączka, bo od samego początku miałam bardzo nieregularne miesiączki od 19 do 72 dni i w żaden sposób nie można było jej wyregulować. Następnego dnia pojechaliśmy odwiedzić Piotrusia, ponieważ był z babcią na wakacjach. Ból nasilał się, aż przybrał poziom prawie jak przy porodzie. Dostałam miesiączkę, była inna, ale wtedy nie miałam pewności, że poroniłam, bo było to w okolicach 3 tygodnia ciąży.
Mijały kolejne miesiące. Brałam leki, które miały pomóc utrzymać ciążę, gdybym w nią zaszła. Przyszedł wrzesień 2001 i powtórka sprzed roku. Tylko teraz było inaczej, bo wiedziałam już, że jestem w ciąży…
Dzień wcześniej, wieczorem zaczęło boleć mnie podbrzusze, pomyślałam, że jeśli zacznie się nasilać, jak poprzednio, to pojadę do lekarza. Nad ranem, obudził mnie potworny ból. Chciałam jechać do lekarza. Poszłam pod prysznic, ale nie zdążyłam. Po chwili trzymałam swoją córeczkę w rękach. Miała ok. 4-5 milimetrów.
Świat się zatrzymał.
Straciłam nadzieję.
Moje małżeństwo wisiało na włosku i w rezultacie w 2003 roku rozwiodłam się. Nie miałam żadnego wsparcia.
Nie chciałam nikomu mówić, co się stało i co przeżywam.
Nie akceptowałam dzieci młodszych od mojego syna. Dzieci na mój widok płakały, choć jeszcze do niedawna lgnęły do mnie.
Czas mijał, a ja nadal nie mogłam przebywać z dziećmi.
Po kilku latach ból trochę osłabł i zaczęłam akceptować maluchy. Nie było w tym jednak radości, choć już pozwalałam im usiąść na swoich kolanach.
Mijały kolejne lata. Układałam sobie życie na nowo. Życie, które w moim sercu miało barwy czarno-białe. Zresztą nie tylko w sercu. Moja garderoba była czarno-biała z elementami granatu, szarości i błękitu. Co prawda miałam kilka kolorowych bluzek, ale zakładałam je sporadycznie i dla świętego spokoju, aby nikt się nie czepiał, że znowu tak smutno się ubieram.
Zgubiłam swoją radość, zatraciłam siebie. Jedynym sensem każdego dnia, była myśl, że mam Piotrusia, jestem za niego odpowiedzialna i chcę go dobrze (w moim mniemaniu) wychować. Przez kolejne lata praktycznie ze wszystkim się zmagałam. Z rodziną, finansami, relacjami. To już nie było życie, to była wegetacja. Jak człowiek podpięty pod respirator.
Oczywiście szukałam ratunku dla siebie, jeździłam na różnego rodzaju spotkania i kursy z samorozwoju, ale to wszystko dawało tylko chwilową ulgę. Bo rozwiązania świata zamiatały problemy pod dywan. Rozwiązania ze świata brały kasę i dawały „pigułkę”, która jak starczyła do następnego spotkania i zakupu kolejnej „pigułki” to było rewelacyjnie. Jednak w większości przypadków starczała na dzień, dwa…
Przyszedł 15.02.2014 roku. Spotkałam się z Nim, z Bogiem. W końcu zaczęłam dostawać odpowiedzi na pytania, które zadawałam wielu osobom zajmującym się rozwojem osobistym, ale zawsze były niewystarczające, z niedopowiedzeniami, z lukami.
Każdego dnia dostawałam ogrom Bożej Miłości. Moje życie zaczęło się zmieniać.
Mijały kolejne lata. Sądziłam, że kwestię straty dzieci mam już wyprostowaną. Bo przecież modliłam się o to, rozmawiałam z kilkoma osobami, w wyobraźni odbył się pogrzeb mojej córeczki.
Na jednym ze spotkań w pewnym zborze, pastor powiedział, że będzie modlił się o kobiety, które poroniły i poprosił o podejście do niego. W pierwszej chwili pomyślałam, że ja już mam tę kwestię załatwioną i nie muszę wychodzić. Jednakże, po chwili zdecydowałam, że pójdę, przecież nie zaszkodzi mi jeszcze jedna modlitwa.
Miałam do przejścia jakieś 10 metrów. Kiedy wstałam i wykonałam pierwszy krok, poczułam jak bardzo się myliłam i jak bardzo jestem obciążona bólem po utracie Małej Istotki. Był to tak wielki ciężar, że ledwo przeszłam te 10 metrów. Po modlitwie, kiedy zapłakana wróciłam na swoje krzesło, Bóg dał mi wizję. Zrównał dla mnie niebo z ziemią i pokazał moje dzieci. Chłopca i Dziewczynkę. Wówczas już byłam pewna, że straciłam dwójkę. Dziewczynka miała już swoje imię - Ewa, bo było ustalone przy narodzinach Piotrusia. Natomiast Bóg dał Chłopcu imię Jakub. Na koniec wizji usłyszałam: „czekamy na ciebie”.
To był moment, w którym Bóg zdjął ze mnie cały ciężar po stracie, który był tak ogromny, że rujnował moje życie. Ból, który założył mi czarno-białe okulary, który ukradł radość, miłość, relacje i całą resztę.
Zaczęłam inaczej patrzeć na ludzi i świat. Moje serce zmiękło i poczułam, że w moim sercu biją trzy serca: Piotra, Jakuba i Ewy.
Moja przemiana nadal trwa i będzie trwać do końca moich dni tu na ziemi. Jednakże w kwestii macierzyństwa, jest przemienione, mięsiste, pełne uśmiechu i miłości.